iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Dziadek od orzechów trudnych do zgryzienia

Mój dziadek Wittlin dwa razy zaskoczył mnie w rozmowie. Strasznie żałuję, że tylko dwa razy rozmawialiśmy ze sobą, ale to inna historia. Nasza zaczyna się, gdy jako nastolatka, jeszcze niespełna rozumu, a przynajmniej jeszcze mniej rozumna niż obecnie usłyszałam od niego:

- Jak kiedyś zdradzisz męża, to wytrzyj usta, wracaj do domu i nikomu nic nie mów.

Oczywiście w myślach oburzyłam się. Oburzyłam się, bo nie wiedziałam o co mu chodzi, czy według niego zdrada jest czymś normalnym? Czymś, co po prostu się robi i już? Zajęło mi wiele lat rozszyfrowanie jego słów. Wcale nie popierał zdrady i raczej nie myślał, że mogę kiedyś chcieć lub mieć okazję kogokolwiek zdradzić. W swojej teorii zdrady nie widział mnie jako osoby, widział dzieciaka, którego chciałby ochronić przed jednym z dwóch największych błędów w jego życiu. Ten pierwszy w końcu zrozumiałam. By go wytłumaczyć, muszę sięgnąć końca lat czterdziestych w Poznaniu...

Młody Wittlin tuż po wojnie gdy wrócił do Polski bardzo chciał się osiedlić, założyć rodzinę i spróbować normalności. Wcześniej spędził pięć lat w obozie niemieckim, w najcięższym z obozów. Stracił w nim zdrowie, wszystkie swoje zęby i wiarę w jakikolwiek sens życia. Potem zobaczył ją - prześliczną dziewczynę, młodziutką, radosną, wypełniającą wszystkie jego myśli i nerwy od skroni aż po czubki najmniejszych palców. Zanim zdążył zamienić z nią choć kilka słów, poszedł do jej ojca zapytać o zgodę na poznanie jej bliżej i zaręczyny. Nie dostał jej.

- To jest moja druga córka, ona nie wyjdzie za mąż, póki nie wydam pierwszej. Jak masz się o kogoś starać, chłopcze, to o pierwszą córkę. - Zadecydował ojciec i zawołał najstarszą z trzech córek do salonu, by pokazała się absztyfikantowi.

Dziewczyna słysząc wołanie ojca przerwała zszywanie zakładek sukienki siostry, uniosła się powoli z fotela, poprawiła spódnicę i nieśpiesznym krokiem jak na ścięcie udała się w kierunku salonu. Tuż przed drzwiami, jeszcze schowana w cieniu przeżegnała się i cichutko westchnęła, by cisnąć klamkę i powoli otworzyć drzwi, wyłonić się zza ich krawędzi. W pokoju zobaczyła ojca i siedzącego obok młodego mężczyznę. Na stole stała niemal opróżniona karafka ajerkoniaku jej roboty. To jej specjał. Ojciec nie wyciągał go nigdy dla byle kogo. Rzuciła spojrzenie w stronę matki, którą dopiero teraz dostrzegła w rogu pokoju, siedzącą na krześle pod ścianą. Jej oczy zdawały się zagrzewać córkę do uśmiechu. Przez moment starała się uśmiechnąć... wtedy spojrzała na absztyfikanta. Przystojny, z pewnością wysoki, starszy od niej co najmniej kilka lat. Jego czarne włosy nadawały surowości wyrazowi twarzy. Jego twarz zastygła w bezruchu na jej widok.

- Ładna, nie? - Powiedział ojciec. - Obróć się! A teraz znowu stań przodem! - Po czym zwrócił twarz ku chłopakowi i dodał: - Gotuje, sprząta, szyje, dobra dziewczyna. Nawet posłuszna.

Zażenowana spuściła wzrok i już nie podniosła go do końca spotkania. Tylko słuchała. Na skinienie matki usiadła obok niej.

Dziadka wersja brzmiała zupełni inaczej. Powiedział ją w dwóch zdaniach:

- Ja chciałem Ulę, ale dostałem Bożenę, gdybyś ją widziała jaka była piękna. Niestety nigdy mnie nie kochała.

Ostatnie zdanie, to zdanie wytrych do ich historii. Bożena za niego wyszła, nie dlatego, że ojciec kazał. Zdanie ojca miała głęboko. Wyszła za mojego dziadka z innych powodów, które opowiem przy innej okazji. Dziś ważne jest to, że go nie kochała. Ona go tylko tolerowała przez jakiś czas. Rozwiodła się z nim, gdy tylko dał jej ku temu dawno wyczekiwany powód. Bo on w końcu dał jej ten powód. Resztę życia żałował, że tak szybko dał się złamać, podpuścić, na moment okazać słabość, zamiast do końca walczyć, by w końcu udowodnić jej, że to wszystko - w tym oni - ma sens. Ich małżeństwo trwało tylko cztery lata.

Druga nasza rozmowa wyglądała podobnie. Usiadł na minutę obok i powiedział do mnie:

Zanim kogoś obrzucisz błotem, zastanów się nad tym bardzo dobrze. Bo łatwo wysmarować błotem, ale wyczyścić później, to już się nie da...

Wyrzucił z siebie i odszedł. Dopiero teraz zrozumiałam co tak naprawdę mi powiedział, gdy nagle temat smarowania błotem stał się bardzo bliski równiez mi. Dziadek widział w tym pierwsze dno, bo wiedział, że gdy kogoś oczernisz w oczach pewnych ludzi, to później już nigdy go w nich nie domyjesz. Na przykład ojca swoich dzieci, jak to stało się z dziadkiem, który pewnych orzechów przegryźć już nigdy nie zdołał.

Drugie dno jest intymniejsze - obrzucając kogoś błotem musisz liczyć się z tym, że Cię znienawidzi. Obojętnie komu i co mówisz, znienawidzi właśnie Ciebie, za rzucone przeciw niemu czarne, brudne i lepkie słowa. Rzucając błotem, odsuwasz od siebie tę osobę na zawsze, bo nawet jeżeli wszystko później odszczekasz, nigdy nie domyjesz siebie przed nią. Nigdy Ci nie wybaczy.

Jak pisał M. Ogórek - niewazne, czy sięgnąłeś drugiego dna, wystarczy ze dotarłeś na pierwsze.

Komentarze (0)
Odlot - Hawaje Jak stworzyć skuteczną kampanię...