iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Ciesz się ze swojego zawodu, zawsze mogłeś zostać prawnikiem

Ostatnio za sprawą siły wyższej i bezczelności kilku nieprzeciętnie odrażających osób, trochę więcej czasu zajmują mi sprawy prawne. Dzięki nim doświadczyłam na własnej skórze, jak wielki burdel panuje w polskim systemie prawnym (w przepisach), dowiedziałam się także dlaczego.

Przyczyn upatruję co najmniej pięciu:

1. Burdel w przepisach jest po to, by każdy pieniacz w każdej, nawet najgłupszej sprawie, miał podstawy by wynająć adwokata i coś komuś udowodnić.

2. Prawo nie chroni słabszych.

3. Prawo nikogo nie chroni. Prawo nie jest narzędziem ochrony, jest narzędziem walki.

4. Prawo jest dla prawników.

5. Wygrywa ten, kto ma lepszego prawnika.

Już wiem także, dlaczego prawnicy żyją w tak zamkniętym środowisku i żenią się tylko z prawnikami innej maści lub lekarzami. Bo, albo tylko prawnik zrozumie obowiązkowy brak kręgosłupa moralnego, albo prawnik w głębi duszy wie, że wymaga leczenia.

---

PS. Znam kilka wyjątków od tej reguły, ale znam ich prywatnie i nigdy nie widziałam na sali sądowej. Cenię ich jako wspaniałych ludzi, again: prywatnie. Wszyscy, których widziałam "w akcji" wypracowali w mojej głowie i potwierdzili na moich oczach powyższych pięć twierdzeń. A to, że obecnie prawnik broniący mnie w jednej sprawie atakuje w innej, przykleiło mi witki do gleby.

Komentarze (2)
Bogowie i Obcokrajowcy

Nie ma nikogo bardziej optymistycznego niż kobieta szykująca się na pierwszą randkę. Pełna nadziei,  intensywnie planująca ogół i każdy szczegół z osobna. Ostatnie 24 godziny są już tylko odliczaniem i skrzętną realizacją planów. Z trudem powstrzymuje projekcję najskrytszych marzeń, a z każdą kolejną godziną narastają emocje i oczekiwania. W ostatnich minutach w myślach przywołuje tematy warte rozmowy i skreśla te, których woli uniknąć. Na kilka przecznic od umówionej restauracji, zagląda w każdą witrynę sklepową, by upewnić się, że jej odbicie odpowiada temu, co chciałaby pokazać jemu.

Masakra. To zdecydowanie nie o mnie, ja biegłam na randkę spóźniona i zmęczona bardzo intensywnym tygodniem pracy. Wychodziłam z domu odliczając, za ile minut będę mogła wrócić, wśliznąć pod kołdrę i w końcu wyspać. Przysięgam, że to ostatnie takie spotkanie. Jestem do cholery nieparzysta, nie wszyscy zostali stworzeni po to, by kontynuować gatunek. Facetów mam głęboko nie na względzie, co będzie to będzie. A gatunek ludzki nie zając, bo tylko zając to zając.

Dlaczego zgodziłam się na dzisiaj? Trudno powiedzieć. Bo to znajomy przyjaciółki…? No i widziałam jego zdjęcia - jest bardzo fotogeniczny, a ja wolę być płytka i umawiać się z przystojniakami. Obcokrajowiec, który w Polsce mieszka od 6 lat i bardzo mu się tu podoba (sic!), nie zamierza się wyprowadzić. Uczy się tego języka, kultury, obyczajów… A jednocześnie pozostaje wierny swoim. Na podstawie tego opisu wnioskuję, że jest niesamowicie interesującą osobą, więc chętnie go poznam. Nawet kosztem nazwania spotkania „randką”.

Byłam spóźniona. Miałam jego numer przysłany SMS-em. 697-coś-coś. Już nawet przetestowany - napisałam mu dzisiaj, że się spóźnię. Dwa razy. Doskonale zrozumiał za każdym.

Ostateczną godzinę wyznaczyliśmy na wpół do dziesiątej. Miejsce? W modnej włoskiej restauracji Capri. Uwielbiam tam jadać, mają wyśmienity krem z pomidorów, najlepszą w mieście sałatkę z owoców morza, a pizza jest grzechu warta. Wbiegłam zadyszana na mini ogródek, gdy zorientowałam się, że mój telefon dzwoni. 697-coś-coś.

- Halo? - odebrałam.

- Cześć Gosiaku! - Młody bóg. To on. To jego głos. Serce na moment przestało mi bić. Nagle otoczenie zastygło w bezruchu. Zapadła cisza. Po chwili zadudniło głuche „bum”, odbiło głębsze „buum” głośno tłoczonej krwi. Widziałam powolne ruchy kelnerów i klientów w slow-motion. Bum-buum.  - Coooo uuuuu Cieeeebieeee…?” -  Jego głos rozlał się w mojej głowie, przeszedł po nerwach i synapsach po koniuszki palców, wrócił w żyłach rozgrzanej, błękitnej krwi. Zadzwoniło mi w uszach, zakręciło mi się w głowie, zamknęłam oczy, bum-buum. - Jesteś?

- Tak. - W końcu się odezwałam.

- Gdzie? - Zapytał.

- W mieście. - Powiedziałam.

- Ja też właśnie wychodzę na piwo ze znajomym, może dwa. Słuchaj, a może w końcu umówimy się na jakąś kawę albo coś-cokolwiek?

Bardzo lubię „coś-cokolwiek”.

- Co robisz w niedzielę?

- Pranie - Co ja gadam…?!?

- Czyli niedziela jest okej…?

Hmmm, przecież nie mogę umawiać się z jednym facetem stojąc przed knajpą, w której mam zobaczyć się z innym. No, halo!

A może mogę?

- Zdzwonimy się jutro. Okej?

Zgodził się.

Jak tylko zakończyłam rozmowę, wiedziałam, że nie chce mi się wchodzić do tej restauracji. Wolę wrócić do domu i poczekać na jutro, aż zadzwoni Młody bóg i zaprosi mnie na „coś-cokolwiek”.

A może pizza i krem z pomidorów są lepsze od „coś-cokolwiek”? Zegar na komórce wskazał 21:37.

- Małgorzata? - Usłyszałam zza pleców, po czym poczułam palec kłujący mnie trzykrotnie w łopatkę. Odwróciłam się, spojrzałam na Obcokrajowca i serdecznie uśmiechnęłam.

Następne 3 godziny spędziłam na poszukiwaniu powodów, by odmówić „coś-cokolwiek”.

Komentarze (3)
Przestań walić tym młotem!

Niektóre zdjęcia potrafią wyrazić więcej niż tysiąc słów. Znalazłam 3-minutowy film, który wyraza więcej niż niejedna książka. Zobacz koniecznie, daje do myślenia.

Jak ja go interpretuję? Ze jak już znajdziesz "to"... To przestań walić młotem...W innych, w was dwoje, w siebie, po prostu przestań drązyć. Mylę się?

Komentarze (2)