iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Czym różni się magister od doktora?

Magister wie, że może zdobyć tytuł doktora, a doktor wie, jak ogromnego nakładu pracy, determinacji i ilu wyrzeczeń to wymaga.

Zauważ, że żaden doktor i żaden doktorant nie trywializuje tematu studiów doktoranckich w towarzyskich pogawędkach o tytułach naukowych. Robią to tylko mgr-y.

Ostatnio uczestniczyłam w jednej z nich, gdy świeżo upieczony magister przeterminowanych studiów magisterskich wyjaśniał: na doktoranckie nie pójdzie, bo "doktorów więcej niż mrówek, a sam tytuł stracił na znaczeniu". Wkurzył mnie, więc odpyskowałam:

- Nie pamiętam kiedy ostatnio widziałam mrówkę… - Rzuciłam z kąta sali. Dopiero wtedy ktokolwiek w ogóle zauważył, że w niej jestem. - Ale i tak zdarza mi się to częściej - odepchnęłam ramieniem ścianę i stanęłam bliżej przedmówcy - niż zdarza mi się widzieć prawdziwego doktora nauk.

- Uważasz, że brakuje mrówek czy doktorów? - Ripostował niedoszły doktor. 

- Uważam, że tytuł doktora zdobywa tak niewiele osób, ponieważ jest to trudne. Łatwiej zostać mrówką. 

- Niby czemu? Myślisz, że poziom studiów jest taki trudny? – Zapytał.

Przez sekundę się zawahałam. Spojrzałam mu głęboko w oczy i powiedziałam najspokojniej jak tylko umiałam:

- Nie masz pojęcia jak wysoki…

I już odwróciłam się do wyjścia, gdy zatrzymał mnie krótkimi trzema słowami:

- A ty wiesz?

- Nie wiem, mogę się tylko domyślać…

Na tym etapie postanowiłam wymknąć się z pokoju. Słyszałam, że jeszcze rzucił na mój temat do kogoś innego niewybredny komentarz, ale byłam już w drodze do kuchni, a myślami jeszcze dalej. Zakręciło mi się w głowie, poczułam, że brakuje mi powietrza, a pod język napływają słodkie śliny. Pobiegłam do łazienki, zamknęłam się na klucz i zwymiotowałam do toalety. To mój pierwszy wolny wieczór od 37 dni, coś jest nie tak. Gdy wstałam i odwróciłam się, zobaczyłam swoją postać w wielkim lustrze. Nawet ja widzę, jak bardzo schudłam, pobladłam i zmizerniałam. Od kiedy drążę tę moją doktorancką "miossion: impossible", niedojadam. Nie dosypiam. I ciąglę czuję strach. Strach, że z czymś nie zdążę. Wstaję wcześniej, by wyrobić się z zadaniami służbowymi, a i tak nigdy nie udaje mi się wyrwać sprzed komputera wcześniej niż po 17:00. Tylko do 20:00 mogę przebywać w czytelni, tylko do 21 jest ksero-drukarnia otwarta. Wczoraj do 21:30 miałam czas, by odwieźć ksiązki koleżance doktorantce po fachu. Później już tylko uzupełnić notatki i dopracować referat, z którym o 9:00 stawiłam się u pani promotor.  Pracę zaczęłam dziś trochę później, dlatego dużo później ją skończyłam, dokładniej tuż przed imprezą, którą właśnie spędzam w toalecie.

Po co mi to wszystko? Czy dostanę lepszą pracę? Wyższe wynagrodzenie? Ciekawsze zadania służbowe? Jako doktor zacznę się czuć lepiej? Teraz wcale nie czuję się lepiej. Teraz nie pamiętam co to znaczy czuć się lepiej. Nie pamiętam co mnie pokusiło by w ogóle zacząć tę walkę, tę wojnę doktorancką. Dlaczego myślałam, że jestem w stanie to zrobić? Pogodzić studia i pracę? Dlaczego chciałam to zrobić? Czy nadal chcę?

Z coraz większą częstotliwością otwieram tę strefę, w której wszystko podważa sens dalszych studiów. Mam trzydzieści lat, dwa miesiące i dziewięć dni, nie założyłam rodziny, nie wyjechałam w podroż dookoła świata, nigdy nie grałam w polo, ba! nigdy nie oglądałam wyścigów konnych odbywających się prawie co tydzień pół kilometra od mojego domu. A przecież chciałabym to wszystko zrobić. A może by tak rzucić w cholerę te tony literatury? Skasować wszystkie notatki, usunąć magicznych 48 stron pracy, przestać o niej myśleć w każdej sekundzie każdej doby i pory dnia, skończyć walczyć, wycofać się… I w końcu zacząć „żyć”. Robić to, co każdy normalny, prawidłowo myślący człowiek nazwie „życiem”...? 

Gdy doszłam do tego wniosku usłyszałam dzwonek do drzwi. Byłam już w moim mieszkaniu, w piżamie. Spojrzałam na zegar - minęła 23. To był on, Młody bóg.

- Co tu robisz o tej porze? - Niewiele wcześniej mówiłam mu,  że  jestem zbyt zmęczona by się spotkać.

- Przez telefon brzmiałaś jakbyś miała ochotę na maślankę straciatella. - I wyciągnął z torby kartonik litrowy maślanki z kawałkami czekolady, którą rzeczywiście uwielbiam.

Zaprosiłam go do środka i wyjaśniłam:

- Ja chyba na nic dzisiaj nie mam ochoty, źle się czuję, nie wiem co mi jest.

Od razu odparł:

- Cokolwiek się dzieje, przestań się w to wkręcać...

Mówił do mnie coś dalej, ale te pierwsze słowa... W końcu do mnie dotarło. Fizyczne przeszkody: strach, ból, głód, brak snu – są do przejścia. Największym moim wrogiem jest właśnie „a po co mi to?” Bo cel, jakikolwiek by nie był, łatwiej zdeprecjonować niż osiągnąć, a mózg pilnuje, by cele nieosiągalne stawały się dla nas mało atrakcyjne. Łatwiej powiedzieć, że nie ma sensu...

Na tych pieprzonych doktoranckich coraz częściej muszę działać na dwa fronty: we współpracy z mózgiem i równocześnie na przekór jego mechanizmom obronnym. I to właśnie jest tak cholernie trudne.

Komentarze (0)
Moja średnia stabilizacja O kim marzą mężczyźni?