iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Moja średnia stabilizacja

Ale średnia, bo mała już była. Teraz powinnam wiedzieć więcej. Kobiety, podobno, albo wychodzą za mąż, albo wyciągają jakąś naukę. Ja tej nauki mam już aż nadto i chętnie się nią podzielę.

Postanowiłam nie czekać na księcia z bajki i wzięłam swoje sprawy w swoje ręce. Zamieszkałam u siebie, dla siebie i ze sobą samą. No, nie taką zupełnie samą - mam jeszcze echo.

Ale do rzeczy - od dwóch dni stoi na środku mojego salonu wielka biblioteczka. Taka drewniana, z witryną, szufladami i szafką. Ogromna i wiekowa, a do tego - piękna. Przywiózł mi ją pewien młody bóg, o którym zdecydowanie powinnam opowiedzieć coś więcej. Ale po kolei - uporządkujmy pewne sprawy.

Moje mieszkanie liczy więcej metrów niż planowałam, a moje konto mniej złotówek niż trzeba, by je urządzić, dlatego postanowiłam niektórych mebli nie kupować nowych. Padło na biblioteczkę i biurko, bo absolutnie nie chcę mieć takich prowizorycznych ze sklejki, a wykonane z prawdziwego drewna są pioruńsko drogie i nie stać mnie na nie. No chyba że używane i tu pojawiło się światełko w tunelu. Używaną biblioteczkę z drewna wynalazłam w sieci z opisem "do zabrania za darmo od zaraz", a chłopak godny westchnień nastolatek po prostu mi ją przywiózł.

Stanęła na środku mojego salonu (który prócz równie drewnianego biurka i jednego stołka nie liczy więcej mebli) i czekała aż zetrę z niej grube warstwy kurzu.

Zrobiłam to wczoraj, oczywiście nie bez walki. Załamałam ręce już na początku, gdy okazało się, że szafka zamknięta na klucz odmawia posłuszeństwa. Wszystkie inne szufladki, półki i szybki rozłożyłam na części pierwsze i skrupulatnie czyściłam - cieplą wodą z płynem do czyszczenia, płynem z detergentem i w rozpylaczu, jeszcze raz wodą z płynem, wodą z płynem do mycia drewna, preparatem do konserwacji drewna w rozpylaczu.... Sprzątam dokładnie, bo świadomość istnienia kurzu w moim domu przyprawia mnie o koszmary i czasami nie pozwala zasnąć. Od wczoraj musiałam zmierzyć się z najcięższym działem koszmarów: odosobniona szafka w bardzo starej biblioteczce. Gdyby był to mebel z Ikei, wystarczyłoby mocniej pchnąć drzwi do środka, albo jakkolwiek je podważyć, a tu...? Młody bóg przyjedzie w piątek, zostawię sprawę niech poczeka na niego.

Druga półkula mojego mózgu kazała mi zrobić coś natychmiast, Przecież w środku może czekać coś strasznego. Kurz? Kurz, brud i piasek? Pleśń i zgnilizna? Może zgniłe ciało jakiegoś zwierzaka, na przykład małego kotka? Albo stado pszczół? Lub mrówki... Wytrzymałam trzynaście godzin i 28 minut do następnego dnia, by w końcu zadzwonić po pomoc. Do Młodego boga.

Nie mógł rozmawiać, oddzwonił po 10 minutach.

- Nie sądzę, by oddała Ci mebel bo nie mogła otworzyć szafki...

O kurcze, a ja nawet nie pomyślałam o tym. Rzeczywiście, mogła właśnie dlatego oddać mebel!

- Ale mi nie o to chodzi, chodzi o to, że ja nie wiem co jest w środku. Tam może być W-S-Z-Y-S-T-K-O!

- Nie no, wszystko to by się nie zmieściło. No i zauważyłabyś, że na zewnątrz nic nie zostało. – Mam wrażenie, ze Młody bóg czasami sobie ze mnie kpi... - Przecież cała biblioteczka była pusta, więc pewnie ta część też jest pusta. Słuchaj, nie mogę dzisiaj przyjechać, bo przez śnieg i tak mamy opóźnienia, ale mogę być jutro...

W takich chwilach nie lubię słowa "jutro".

-... Przyjadę jutro i ją otworzę. U mnie jest podobna szafa, postaramy się rozpracować Twój zamek  moim kluczem.

Wątpię by to coś dało.

- Nie, dobra, nie trzeba, przyjedź w piątek, tak jak się oryginalnie umawialiśmy. A ja zadzwonię jeszcze do sąsiada.

Tu muszę dodać wyjaśnienie. Normalnie nie lubię sąsiadów, bo im jak się raz przedstawisz, to później zawsze musisz mówić "dzień dobry" i się uśmiechać. Gdy kompletnie nie masz czasu i jesteś już spóźniona, zagadują na klatce schodowej "co nowego u Ciebie?" Pytanie rzeka. A już w najgorszym przypadku sąsiedzi mają dzieci. Drące się, rozwydrzone i na maksa hałaśliwe dzieci, na których ryk nie wolno Ci się poskarżyć, bo to przecież dzieci sąsiadów. Ale gdy zobaczysz je na podwórku z ich rodzicami, to musisz powiedzieć "jakie śliczne dziecko" - a w myślach "gdyby tylko potrafiło spać tyle godzin, ile się drze..."

Dopóki sąsiadów nie znam, mogę ich swobodnie omijać. Z pewnym pozytywnym wyjątkiem. Obok mnie, prawie klatka w klatkę, mieszka moja przyjaciółka ze żłobka. Znamy się ze żłobka i wychowywałyśmy się razem. Nasze mamy mieszkały niemal drzwi w drzwi, dopóki moi rodzice nie wyprowadzili się stamtąd. I choć od żłobka nie miałyśmy żadnej wspólnej szkoły czy pracy, a w czasach liceum dzieliły nas setki kilometrów, do dzisiaj pozostałyśmy przyjaciółkami. Na jej partnera mówię Sąsiad. Bo jest moim sąsiadem tutaj i był moim sąsiadem w wiosce, do której wyprowadzili się moi rodzice. Nietrudno zgadnąć, gdzie Przyjaciółka ze żłobka i Sąsiad się poznali... :)

Wkrótce Sąsiad wpadł do mnie z pomocą. Jego profesjonalny zapas narzędzi robi wrażenie. A Młody bóg nie przestawał dzwonić. Tak co 10 minut, zawsze z nowym pomysłem. W końcu przekazałam Sąsiadowi telefon, by się dogadali bezpośrednio i usiadłam w kącie, tuż obok kartonów z rzeczami do biblioteczki. Z jednego z nich wystawały jakieś kable. Zajrzałam głębiej i ujrzałam szpachelkę. Małą, zgrabną, metalową szpachelkę. Sąsiad pochłonięty rozmową zostawił na moment zamek w spokoju, a ja podeszłam do szafki, wbiłam szpachelkę i wysunęłam drzwiczki.

- ...nie zgadniesz kto właśnie otworzył ten zamek - powiedział Sąsiad do telefonu, zakończył rozmowę i po chwili zwrócił się do mnie. - No to chyba nie byłem potrzebny. - Skwitował z uśmiechem.

Ale Sąsiad był mi potrzebny i Młody bóg także, bo w końcu dowiedziałam się co jest w środku. W szafce tylko pajęczyny, ale w mojej głowie znacznie więcej. Uświadomiłam sobie, że wcale nie chcę zupełnie nie potrzebować innych. Nie chcę liczyć tylko na siebie. I nie chcę być sama. Mogę być sama, potrafię radzić sobie sama i daję radę nawet drzwiczkom szafki, ale nie chcę i nie muszę być sama.

Podświadomie już wcześniej chciałam ich potrzebować. Świadomie zrobiłam to dopiero teraz, gdy w końcu otworzyłam te cholerne drzwiczki.

Komentarze (0)
Niektórzy lubią poezję

Lubię poezję. Chyba rozumiem dlaczego niektórzy lubią poezję. Ale zupełnie przypadkowo pierwszym kartonem z książkami, który rozpakowałam wczoraj był karton z ulubionymi tomikami wierszy. Pierwszym tomikiem, który wyciągnęłam (a to już nieprzypadkowo) był jeden ze starszych zbiorów Wisławy Szymborskiej. Nieprzypadkowo, bo gdy tylko otworzyłam pudło, ogarnęła mnie wielka ochota na TEN wiersz. Od liceum znam go na pamięć, a teraz po prostu musiałam go przeczytać raz jeszcze…

Zanim go zacytuję, powinnam wyśnić dlaczego: przeprowadziłam się w końcu do mojego mieszkania. Takiego naprawdę mojego i tylko mojego. Mam swój adres i swoje miejsce na  ziemi – nie u rodziców, nie u czyjegoś boku, ale u siebie. W moim małym niebie na ziemi. A rozpakowując kartony swoich rzeczy postanowiłam sprawdzić, jak bardzo TEN wiersz zmienił się w mojej głowie przez ostatnich 15 lat. Czy przetrwał w całości? Czy może gdzieś się starł, ubrudził i zmarnował…?

Niebo…

Od tego trzeba było zacząć: niebo.
Okno bez parapetu, bez futryn, bez szyb.
Otwór i nic poza nim,
Ale otwarty szeroko.
Nie muszę czekać na pogodną noc, ani zadzierać głowy, żeby przyjrzeć się niebu.

Niebo mam za plecami, pod ręką i na powiekach.
Niebo owija mnie szczelnie i unosi od spodu.

(…)

Niebo owija mnie szczelnie i unosi od spodu. To było wczoraj. Dzisiaj przeczytałam, że Wisława Szymborska zmarła w swoim mieszkaniu w Krakowie.

Komentarze (0)