iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

U Prady

Kogokolwiek zapytasz, co należy zwiedzić w Mediolanie, powie Ci: katedrę i stadion Interu - San Siro. Jeżeli zamiast pytać kogokolwiek zapytasz kobietę, usłyszysz: „najlepsze butiki świata, głupcze!”

Mediolan to nadal światowa stolica mody, a w samym jego sercu znajduje się ulica po brzegi wypełniona najważniejszymi markami świata:

Louis Vuitton

LV

Prada

Gucci

McDonald’s

Uzbrojona w nowiutką kartę kredytową ruszyłam do butiku Prada. Od zawsze chciałam zdobyć coś oryginalnego z tego domu mody. Planowałam zacząć spokojnie, od portfela lub etui na wizytówki. Za szklanymi drzwiami przywitały mnie trzy uśmiechnięte twarze trzech schludnie ubranych ekspedientek, jedna po prawej, druga po lewej, trzecia przede mną. Każda stała za szklaną ladą i przed półką z torebkami. Może pięcioma torebkami. I wiecie co, nie wyglądały one tak ładnie jak na zdjęciach, które latami wertowałam w magazynach o modzie. Wyglądały zupełnie normalnie.

Przeszłam obok „środkowej” ekspedientki, by zejść po schodach w dół. W piwnicy znajdowała się prawdziwie "pradowa" kolekcja odzieży, obuwia, walizek i gadżetów. Trochę mnie rozczarował zastany tam klimat - nie grała muzyka, nikt nie podawał szampana, zabrakło czerwonego dywanu… Po prostu sklep, tyle że z ubraniami za sziset.

Chciałam przymierzyć sukienkę z najnowszej kolekcji, tą:

... ale odstraszyła mnie bardzo nieprzyjemnym w dotyku materiałem, z którego ją wykonano. Sztywnym i chropowatym jak płótno.

W oko wpadły mi buty z najnowszej kolekcji. Znałam je dobrze z Milan Fashion Week, który oglądałam na kanale FashionTV pół roku temu. Ten bananowy obcas sprawiał wrażenie wygodnego, szkoda, że tylko wrażenie.

Na półkach leżały buty w rozmiarze 35. Małe pantofelki wyglądają ślicznie, ale takiego rozmiaru nikt nie nosi, mój to 36, musiałam prosić ekspedientkę o wyprawę na zaplecze po każdą parę. A ona zamiast poczekać, aż wybiorę wszystkie interesujące mnie modele, biegła od razu. Wystarczyło, że chwyciłam buta do ręki.

Gdy przyniosła trzeci model postanowiłam dać jej i sobie spokój. Odłożyłam wszystkie trzy na podłogę, postawiłam obok siebie. Wtedy dotarło do mnie, że przede mną leżą trzy pary butów warte tyle samo co roczny czynsz za pokój, który wynajmuję.

Podniosłam wzrok, by zobaczyć kto tu kupuje. Oprócz mnie w sklepie były dwie bardzo głośne Rosjanki i kilka Azjatek. Jedyne mieszkanki Europy Zachodniej to ekspedientki. Serdeczne, uśmiechnięte i bardzo życzliwe ekspedientki to największy atut tego miejsca. Ale mimo ich starań pozwoliłam by mit Marki Prada umarł w mojej głowie śmiercią naturalną. Ja i moja karta kredytowa poszłyśmy do McDonalda.

---

Tego dnia nauczyłam się jeszcze, że w Gucci serwują bardzo smaczną kawę, a różnice pomiędzy podrabianymi torebkami LV a oryginalnymi są naprawdę spore, natomiast spaghetti pomodoro kosztuje mniej w sercu Mediolanu niż na wrocławskim rynku (i smakuje o niebo lepiej).

Komentarze (2)
Jak nie powinno się jeść spaghetti?

Podobno jeżeli zapytasz Włocha „jak nie powinno się jeść spaghetti?” odpowie Ci „samotnie”. Trochę tego nie rozumiem, ponieważ ja bardzo lubię moje samotne spaghetti. 

W Mediolanie o tej porze roku powinno być jeszcze gorąco. Dziwnym trafem od mojego przyjazdu pogoda nie dopisywała. Tego dnia niska temperatura, deszczowa aura i chłodny wiatr zatrzymały Włochów dłużej w domach. Po dziewiętnastej patia nadal świeciły pustkami, a w restauracjach przypadało po trzech kelnerów na jednego klienta. Jak nigdy.

Jedna restauracja szczególnie przypadła mi do gustu, znajdowała się w okolicy Piazza de Angeli. Wybrałam ją bo z zewnątrz zapraszała ciepłym światłem lampionów. Wewnątrz zastałam pięknie nakryte stoły z białymi obrusami, wymyślnymi szklankami i lśniącymi sztućcami oraz uroczymi karafkami z oliwą, sosem oliwnym, octem i nie mam pojęcia czym jeszcze. Niemal w progu przywitał mnie blond włosy kelner oferując do wyboru trzy stoliki dwuosobowe: owalny, okrągły i kwadratowy. Tu każdy stolik miał inny kształt, lecz wszystkie tę samą wysokość i styl. Różnorodność kształtów wynikała raczej z zamysłu projektanta wnętrz niż przypadkowej zbieraniny mebli. Wybrałam stolik okrągły. Jeszcze w drodze do niego poprosiłam o lampkę wina białego, wodę niegazowaną i menu w języku angielskim.

Dopiero gdy usiadłam, zobaczyłam, że ściany tego miejsca ozdobiono fototapetami ze zdjęciami z filmów włoskich albo hollywoodzkich kręconych we Włoszech. Wszystkie pochodziły (zgaduję) z lat 60-tych. W tym Rzymskie wakacje z Audrey Hepburn, Spartacus i coś z Sofią Loren. Może gdybym posiadała co najmniej mierną wiedzę na temat włoskiej kinematografii, potrafiłabym wskazać tytuły pozostałych filmów. A tak, jedyne co potrafiłam rzeczywiście docenić to smak słabo mineralnej, niemal słodkiej wody oraz wyśmienicie wytrawnego wina. Postanowiłam wcielić się w bohaterkę Eat, pray, love i jak w pierwszej części książki poddać się magii włoskiej kuchni. Zamówiłam spaghetti pomodoro.

- … pomoDOro – powiedział kelner notując moje zamówienie i szczerze uśmiechnął się na pożegnanie. Nie wiedziałam, że faceci mają aż tyle zębów. 

Jednego jestem teraz pewna, żadne polskie spaghetti nie umywa się do włoskiego. I żadne Pudliszki, Winiary i inne tego typu wynalazki nie mają pojęcia co to spaghetti w pomidorach. A wszystko zaczęło się od lekko śmierdzącego zapachu parmezanu. Kelner starł na tarce tak dużą dawkę płatków serowych nad moim talerzem, że utworzyły one grubą pierzynkę. Grubą, intensywnie pachnącą pierzynkę. Wtapiając się w duszone pomidory przestawały drażnić receptory węchu przechodząc w afrodyzjak.

Woń sera wdarła się przez nos do podniebienia i szybko, bez pytania otworzyła moje usta "od środka"  dla pierwszego kęsa spaghetti pomodoro. Moje kubeczki smakowe nie spodziewały się tak miękkiego i soczystego smaku pomidorów przewiązanego delikatnym makaronem al dente. Nieprzeciętnie skomponowany sos żonglował pod moim podniebieniem nutami czosnku, pieprzu i świeżej bazylii unosząc przyjemność jedzenia do rangi rozkoszy.

Być może jadłam zbyt łapczywie. Kilka razy musiałam przerwać orgię smaków, by zetrzeć pomoDOrowe krople z ust. Chyba sos prysnął także na rękaw bluzki, z której w praniu nie zeszła mała plamka. Ale było warto. Gdy z talerza zniknęły ostatnie pasemka makaronu utopione w nieprzyzwoicie smacznym sosie zobaczyłam, że restauracja zdążyła się wypełnić klientami.

Szczególną uwagę zwróciłam na parę przy stoliku obok. Dwoje młodych ludzi jadło kolację przy świecach. Każde z nich zamówiło jakiś makaron. On swój traktował niedbale, stale przerywając przeżuwanie jakimiś wywodami. Mężczyzna był pięknie ubrany, najwyraźniej wygadany i pewny siebie, sprawiał wrażenie wyedukowanego i świadomego swojej zajebistości. Ona cicha i grzeczna. Bez słowa i powoli akceptowała każdy kolejny kęs podanej jej pod nos potrawy. Kiwając regularnie głową zapewniała sobie spokój u boku  tego zafascynowanego własnymi słowami rozmówcy. I która z nas jest bardziej samotna?

 

Komentarze (0)