iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Małą szarą myszką być...

Nie ma to jak zacząć dzień od porządnej gimnastyki.

mała szara myszka

 

---

PS. Od niedawna znajdziesz mnie też na facebook'u:
facebook.com/gosia.wittlin

Komentarze (1)
Test na anorektyczkę

Gdy waga coraz częściej zatrzymuje licznik poniżej 47 kilogramów, można zacząć się obawiać, czy to już niedowaga…? Po czym poznać czy jestem zbyt chuda? Czy mam jakieś zaburzenia trawienia? Czy można u siebie zdiagnozować anoreksję?

Mega poważny temat, a ja takich nie lubię. Powaga. Bo wagę tracę, ale to chyba nie przez ubogą dietę. Jasne, że bywają dni, gdy zapomnę cokolwiek zjeść, ale nigdy dwa pod rząd. Staram się przynajmniej tego pilnować, choć rzeczywiście nie zawsze znajduję czas.

Wymyśliłam sobie test na anoreksję, wygooglowałam kilka stron, blogów i miejsc w sieci zawierających treści dodawane przez głodzące się dziewczyny, ich historie, polemiki, maksymy życiowe, itp. Jak się okazuje coś co dla nas jest chorobą, dla nich sposobem na życie. Są dumne z utraty masy ciała. 

Oto najważniejsze myśli przewodnie jakie udało mi się wyłapać (powtarzają się na tak wielu stronach, że chyba wpisują się do ich dekalogu):

„Jem po to, żeby żyć, ale nie żyję po to żeby jeść” - Przewrotne, ale też łatwe do obalenia.

„Nic nie smakuje tak dobrze, jak dobrze smakuje być chudą” - Od razu widać, że ta pani nie jadła spaghetti pomodoro na Piazza de Angeli ani pierogów mojej babci.

„To co jem, zabija mnie” - Moja droga, przestań wcinać płatki kosmetyczne (to podobno ulubione danie modelek).

W tych tezach nie ma mnie. Nie mogę być jedną z nich. Ja jednak jestem jedynie bardzo wybredną smakoszką.

Komentarze (0)
Trzy filary bezpieczeństwa AKA Facet gotowy na wszystko cz.2

Według Carrie Bradshaw kobieta zawsze szuka jednej z trzech rzeczy: mieszkania, pracy albo partnera. Według mnie to czego oczekujemy od mieszkania, pracy i partnera świadczy o nas samych. Jak to rozumieć opowiem na przykładzie Faceta gotowego na wszystko (tu dowiesz się kto to taki).

Była to nasza pierwsza randka, ale drugie spotkanie, po konwencjonalnym popołudniu przy filiżance kawy. Ubrałam się jak na mnie naprawdę sexy, ale elegancko i z klasą. Szykowną sukienkę udekorowałam zabójczo wysokimi obcasami. Takie buty muszą robić wrażenie, przecież mierzyłam w nich 176 centymetrów, z czego większość to nogi! Dodałam wieczorowy makijaż i kilka zalotnych loków na końcówkach włosów. A on nic. Tylko rzucił na mnie okiem i wskazał gdzie stoi nasza taksówka.

Przygotowywałam się przed lustrem prawie godzinę i nagle przez jego obojętną minę zrobiło mi się wstyd za siebie, za swoje niepotrzebne zaangażowanie. Czułam się zażenowana i chciałam już zakończyć spotkanie, ale zabrakło mi języka w gardle by cokolwiek z siebie wydusić.

Zabrał mnie do La Bistrot Parisien, gdzie dobrze pojedliśmy i wypiliśmy wyśmienite wino. W połowie drugiej lampki zapragnęłam go wkurzyć.

- Jak wygląda Twoja sytuacja mieszkaniowa? - Zapytałam prosto z mostu. Facet ma trzydzieści trzy lata i jeżeli nadal nie posiada mieszkania ani nawet działki (na kredyt - jak my wszyscy normalni) to znaczy, że jest frajerem. Bo jak można pracować od 9 lat i nie zdobyć zdolności kredytowej? Jest też mnóstwo alternatyw: TBS, kredyt wspólnie z rodzicami… Z doświadczenia wiem, że faceci dzielą się na dwie grupy: tych którzy chcą jak najszybciej zdobyć własne lokum nie czekając aż pojawi się „ta jedyna” i tych, którzy wolą nie mieć własnego lokum i mieszkać u dziewczyny za darmo, bez kredytu, bez zobowiązań. Wystarczy nawijać jej makaron na uszy. A jak się dziewczyna wścieknie, to zawsze można wymienić ją na inną z mieszkaniem. Teraz ich pełno.

- Właśnie kupiłem mieszkanie, co prawda na kredyt, ale swoje gniazdko mam. Jestem jeszcze w trakcie przeprowadzki. Wcześniej mieszkałem z żoną, ale nasze wspólne mieszkanie zostawiłem jej i naszej córce. Trochę trwało zanim tamten kredyt przenieśliśmy na nią a nowy otrzymałem tylko na siebie… Ale już jest. - I uśmiechnął się do mnie tak szczerze, że uległam jego pozytywnemu nastawieniu.

Podparłam twarz na ręce i słuchałam dalej. On spokojnie przeszedł do tematu urządzania mieszkania. Bez wielkiego oburzenia na moje pytanie, bez podważania sensu posiadania czegoś swojego, bez podejrzeń, że pytam bo chcę go wykorzystać. Tak po prostu odpowiadał. Wtedy zorientowałam się jak przyjemny ma głos, ciepły, lekko zachrypnięty. Bardzo przyjemna dla ucha intonacja zdradzała jego nieprzeciętne wykształcenie.

Kontynuując sprawę triady Carrie - zarówno mieszkanie jak i stabilna sytuacja zawodowa dają niezbędne poczucie bezpieczeństwa, wymagane dla rozwoju i generalnie dla zdrowia psychicznego. Dlatego w drugiej kolejności zapytałam:

- Czy lubisz swoją pracę?

Jeżeli facet nie czuje się spełniony zawodowo, nie czuje satysfakcji z tego co robi, to siłą rzeczy narasta w nim frustracja. Jeżeli nic nie robi by zmienić niechcianą pracę, to znaczy że jest nieudacznikiem życiowym. Z natury lub wychowania, ale jest. I prawdopodobnie będzie odreagowywał w domu swoje narastające poczucie krzywdy i niespełnienia.

- Jak wiesz pewnie od {Bibi - przyp. red. Nie chcę wpisywać imienia, które podał Facet gotowy na wszystko ze względu na ochronę danych osobowych. Pozdrowienia dla Bibi}, mam bardzo ciekawą pracę. I naprawdę lubię to co robię. Ale są też minusy - aha! Tu Cię mam! Jakie minusy? - za szybko mija mi czas i bywa, że za późno wychodzę z biura. Właściwie gdyby nie to, że o 17:00 nagle robi się zupełnie cicho w firmie, nie wiedziałbym różnicy pomiędzy siedemnastą a jakąkolwiek inną godziną.

Gdyby mnie zapytał o to samo, odpowiedziałabym mu dokładnie to samo. Dopiero teraz zorientowałam się, że w sumie to bardzo wiele mamy wspólnego.

Dwa do zera dla niego. Przyszła kolej na ostateczne starcie.

- Dlaczego się rozwiedliście?

Mina mu zrzedła. Na chwilę spuścił wzrok, by ponownie spojrzeć mi prosto w oczy i opowiadać dalej.

- By mogła wziąć ślub ze swoim kochankiem.

Gdy usłyszałam jego słowa poczułam, jak bardzo musiało go zaboleć to wyznanie. Tym razem to ja opuściłam wzrok, ze wstydu. Żałowałam, że nie mogę cofnąć czasu i pytania. Przecież mogłam niewygodne szczegóły wyciągnąć od Bibi…

- To było rok temu, już wydobrzałem. Właściwie nawet dobrze się stało, bo pobraliśmy się za szybko i chyba nie byliśmy dla siebie stworzeni. Cały czas coś zgrzytało. Ale mamy cudowną córkę i wkurza mnie, że teraz jakiś obcy facet ją wychowuje. Nie będzie mnie w domu, gdy się po raz pierwszy zakocha, albo gdy obleje pierwszą klasówkę.

Zabrakło mi słów. Bibi miała rację, to świetny facet. Wysoki sądzie, nie miałam więcej pytań. Odczytał to z mojej twarzy. Po dłuższej przerwie ponownie się odezwał.

- {Bibi} mnie uprzedzała, że się boisz. - Powiedział cichym głosem rozlewając ostatnie krople wina do naszych kieliszków. - Powiedziała, że na początku atakujesz, później zachowujesz się jak dzikuska, później się do tego przyzwyczaję, a ostatecznie nawet polubię.

I to jest to całe "przygotowywanie" faceta? Łe!

- Zmierzam do tego - kontynuował - że jeżeli chcesz się mnie pozbyć, urwać moje telefony i SMS-y, to mi powiedz wprost, że ich nie chcesz. Wykręty i nietypowe zachowanie potraktuję jak kokieterię.

Przez moje plecy przebiegł zdezorientowany dreszcz. Czy może powinnam zacząć się bać…? Nie wiedziałam, co mam myśleć. Rozum podpowiadał, że on jest ok. Rozmawialiśmy ze sobą jak starzy kumple. I nie było w tym nic udawanego, nie zastanawiałam się nad tym co powinnam powiedzieć, a co przemilczeć. Miałam wrażenie, że moje słowa nie muszą przechodzić setek filtrów i katalizatorów zanim wypłyną na powierzchnię. Tylko moi dobrzy przyjaciele i teraz on stosują zasadę "domniemania dobrej woli" względem tego co mówię i robię.

Taksówkarz stanął kilkanaście metrów od mojej klatki, bo bliżej nie można było podjechać. Facet gotowy na wszystko wysiadł razem ze mną i odprowadził mnie pod drzwi. Gdy dotarliśmy na miejsce zamilkł, przysunął się bliżej i nie wiedzieć dlaczego szybkim ruchem odsunęłam się od niego.

Przez chwilę zapanowała cisza. W moim odczuciu niezręczna. Naprawdę go polubiłam, ale chyba nie w sposób nazwijmy to „rokujący”. Coś nie gra i nie wiem co. Uśmiechnął się, uścisnął moją dłoń i zrobił kilka kroków w kierunku taksówki. Po chwili odwrócił się i powiedział:

- Gosiu, zawsze wyglądasz świetnie, ale dziś gdy Cie zobaczyłem… Wyglądasz po prostu pięknie.

I tymi słowy Facet gotowy na wszystko powrócił do gry.

Komentarze (3)
Gosia i Superbohater

Macie swojego ulubionego superbohatera z czasów dzieciństwa? Jakąś postać z komiksu, powieści, bajki animowanej lub filmu? Ale koniecznie musi to być bohater z rodzaju tych zbawiających świat, albo co najmniej sąsiedztwo...

Zadałam to pytanie w zeszły piątek Facetowi gotowemu na wszystko, którego poznałam dzięki mojej dobrej koleżance Bibi (tu dowiesz się "o co kaman"). Na pierwszym spotkaniu rozmowa się zazwyczaj nie klei, więc pytania moim zdaniem powinny być trochę z kosmosu, miękkie. Takie dające pole do popisu dla wyobraźni.

Powiedział, że jego ulubionym superbohaterem jest Superman. Bo w przeciwieństwie do Spidermana i innych, on już urodził się super, a nie zdobył moc w międzyczasie. Podstawowa jego osobowość ma super zdolności, a maskę nakłada udając zwykłego człowieka. To właśnie czyni go wyjątkowym.

Miałam dylemat. Nie wiem czy jego odpowiedź wynika z tego, że sam czuje się superbohaterem, który musi udawać zwykłego człowieka…? A może jest zupełnie odcięty emocjonalnie od tego punktu widzenia, ale jego umysł analityczny  lubi wyróżniać nietypowe elementy w sztampowych strukturach...? A może myślał, że nie widziałam filmu Kill Bill 2, w którym to samo powiedział Bill w ostatniej scenie…?

Ja wolę teorię utożsamiania się z jakimś superbohaterem. To kto nim był i dlaczego świadczy wiele o nas samych. Nie ukrywam, że z zapartym tchem oglądałam wszystkie przygody Batmana: te z animowanego serialu codziennie o 15:30, te z kinowych ekranizacji i te z jednego jedynego komiksu o Batmanie jaki znalazłam w bibliotece szkolnej. Zatem już od dziecka byłam materialistką, bo uwielbiałam go ze względu na jego supergadżety, też takie chciałam mieć. I nie chodzi mi o strzelający długopis jak u Bonda, tylko superauto co się zamienia w motor, superbransoletę z takim malutkim komputerem w środku, superkostium pozwalający skakać z okna i nie wybić sobie zębów… Taaak, miałam siedem lat gdy wybiłam sobie nowe i już nie mleczne dwie jedynki, wyobrażacie sobie jak śmiali się ze mnie w szkole?

Wracając do samych superbohaterów… To pytanie nie było „z kosmosu”. Kobiety tak naprawdę nigdy nie pytają „z kosmosu”. Splot przykrych wydarzeń w ostatnim czasie, gdy już naprawdę załamywałam ręce i traciłam zdolność swobodnego oddychania, zmusił mnie do poznania mojego prywatnego Bohatera. A od tamtego piątku wiem, że jest Super.

Komentarze (3)
Maski, miejsca, prawdziwi ludzie

Maski zakładane przez nas codziennie to nie tylko makijaż, gadżety czy ciuchy. To także miejsca, w których chcemy być widziani: modna restauracja, niszowe kino, wernisaż, centrum handlowe… Z drugiej strony mamy też miejsca, do których chodzimy bo musimy. Przebywamy tam krótko i niedbale, wolimy nikogo nie spotkać. Na przykład w Biedronce. 

W Biedronce jest tanio. Dla potwierdzenia tej tezy jest także brudno, ciasno i obskurnie. Biedronka do której ja chodzę znajduje się we wciśniętym pomiędzy kamienice podwórzu. Wejście do niej poprzedza przejście obok graciarni, następnie po schodkach wchodzi się w długi korytarz wyścielony kafelkami pamiętającymi głęboki PRL.  Tuż za wejściem „na sklep” zawsze witają mnie puste kartony po kartonikach z napojami i trochę porozrzucanej folii, która jeszcze niedawno przytrzymywała zgrzewki wody mineralnej w butelkach. 

W Biedronce zakupy robi się szybko, bez satysfakcji wydawania pieniędzy. W ekspresie pokonuję trasę znaną mi na pamięć, wrzucam zawsze te same produkty do koszyka. Czasami nieznośni pracownicy zamieniają miejscami niektóre grupy produktów, to wkurza. I zwiększa pojemność mojego koszyka, bo nagle znajduję coś jeszcze w bardzo niskiej cenie. Na dłużej zatrzymuję się dopiero przy kasie w zawsze bardzo  długiej kolejce (niezbędnej w tanich sklepach). Dopiero tutaj widzę, że w Biedronce są jeszcze inni ludzie. Prawdziwi ludzie.

Przede mną w kolejce stoi troje szczęśliwych studentów. Wypakowują zakupy na zepsutą taśmę. Właśnie przyjechali do Wrocławia i zamieszkali razem w wynajmowanym mieszkaniu. Szczęśliwi bo udało im się uciec spod całkowitej kontroli rodziców do miejsca, gdzie sami wybierają jakie zjedzą płatki. Przywiezione grosze oszczędnie inwestują w cukier i kawę kupione „na spółkę”. No i piwo dla VIP-ów, bo przecież trzeba uczcić nowy rok akademicki i wspólne plany wspaniałego współlokatorstwa. Jeszcze kilka lat temu byłam na ich miejscu. Oj, kochałam ten mój studencki żywot, tani, pełen kompromisów i niewygody, najintensywniejszy jak dotąd.

W kolejce z lewej strony stoi chyba kawaler (brak obrączki) i na oko przed pięćdziesiątką, w niewyprasowanej koszuli i niedopasowanych spodniach. Kupuje gotowe dania do podgrzania i kilka butelek powodów, dla których stoi w najdłuższej kolejce -  tej z alkoholem. Jest nieogolony i wygląda jakby nieładnie pachniał. 

Zza pleców dobiegała znana melodia, chyba piosenka Kasi Kowalskiej albo Edyty Bartosiewicz. Nuciła ją kobieta, która miała dzisiaj ogromną ochotę ugotować coś niezwykłego. Bałam się odwrócić,  by nie speszyć jej spojrzeniem, nuciła tak cichutko, że ledwie ją słyszałam.  Na taśmę wykładała pieczarki, czosnek, masło, zestaw przypraw i melona. Gotuje dla mężczyzny w którym zakochała się po uszy. Do listy z przepisu dodała dwa różne desery z bitą śmietaną – by on wybrał który woli, a ona weźmie ten drugi. Dwa różne lody rożki, dwa różne jogurty, dwa różne piwa, dwie różne czekolady... Chce go poznać lepiej. Jeszcze kilka miesięcy temu byłam na jej miejscu i kochałam go poznawać poprzez te drobne kompromisy, codziennie od nowa. Codziennie coraz lepiej.

W kolejce po prawej stoi młody tato kupujący tutaj Bebiko dla dziecka. On i żona spłacają kredyt mieszkaniowy, więc oszczędzają także na ręcznikach papierowych, żelu pod prysznic i papierze toaletowym, które wrzucił do koszyka. Kupił coś jeszcze: najlepsze w Biedronce wino (za 13,90 zł), na piątkowy wieczór we dwoje, gdy mały już zaśnie. Troszkę jej zazdroszczę.

Przed nim inna młoda kobieta pośpiesznie pakowała zakupy do toreb wielorazowego użytku. Głowę miała opuszczoną, a zakupy standardowe – cukier, woda, chleb. Już bez ekstrawagancji.

- Czy znajdzie się 38 groszy? – Zapytała bardzo głośno kasjerka do zdezorientowanej własnymi myślami dziewczyny. Miała serce na dłoni i wszystkie emocje na twarzy, a w duszy całkowity brak ochoty na udawanie czegokolwiek, dlatego tu przyszła. Tu każdy jest już tylko sobą i nikim się nie interesuje. Chciała się tylko schować. Musiała płakać jeszcze niedawno, po czym szybko przetarła nachalne łzy. Gdyby nie przypadkowo rozmazana dłuższa kreska nad powieką nikt by nie odgadł. Nikt oprócz mnie,  już za dobrze to znam.

 

Komentarze (1)
Facet gotowy na wszystko cz.1

Także Wrocław to miasto, które nigdy nie zasypia, ba! nigdy nie odpoczywa. Tu zawsze znajdzie się coś do robienia. Możesz o świcie wyskoczyć na bieżnię lub wieczorem do opery, a późną nocą do białego rana wędrować od knajpki do knajpki rozkoszując się beztroską atmosferą nocnego życia. Mimo to, ja najbardziej lubię niedzielne poranki, kiedy mogę po prostu nic nie robić.

Dzisiejsze nicnierobienie spędziłam w klimatycznej, nowej kawiarni Palm Cafe. Znajduje się ona w rynku, na skrzyżowaniu ulic Świdnickiej i Oławskiej. Jej szyby są przeszklone co pozwala nacieszyć się rześkim światłem tak zimnego poranka jak dzisiaj i obserwować przemarzniętych przechodniów. Strasznie tam drogo, ale Internet mają szybki, fotele więcej niż wygodne i spokój. W całym Wrocławiu nie znalazłam drugiej takiej kawiarni, w której muzyka nie drażni uszu. Tu puszczają ją na optymalnym poziomie głośności, można porozmawiać nawet z samym sobą. Ja wolałam poczytać gazetę i nadrobić luki w wiedzy o politycznych konsekwencjach ostatnich wyborów.

Szklane ściany kawiarni mają sporą wadę, widać z ulicy kto siedzi w środku. Mnie zobaczyła dawna znajoma z rodzinnej miejscowości. Najwyraźniej też miała wolne przedpołudnie, ale w przeciwieństwie do mnie jest bardzo towarzyska i nawet moje towarzystwo jej odpowiada. Nazwijmy ją Bibi. Bibi weszła do środka, pogadać przy małej czarnej. 

- Kopę lat cię nie widziałam, co u ciebie? - Przywitała się pytaniem, którego strasznie nie lubię. Psychologicznie ma spełniać funkcję przycisku "play", po czym rozmówca czuje się zobowiązany do włączenia trybu narracyjnego i wyrzucenia z siebie stałej formułki o najważniejszych wydarzeniach z okresu od ostatniego spotkania do dziś. Odpowiadający niepotrzebnie się stara, bo pytający przeważnie i tak nie słucha, ale czeka na swoją kolej by wymienić to wszystko czego należy mu zazdrościć: nowego męża, nowego dziecka, świetnego mieszkania lub pracy i szybkiego auta.

- Wszystko w porządku, właściwie bez zmian. A co u ciebie? - Odbiłam piłeczkę.

- U mnie też… Jak dobrze, że ciebie widzę, od dawna chciałam zadzwonić, ale jestem taka zabiegana. Rodzina, praca, wiesz jak to jest. Tak prawie wiesz.  - Cała Bibi. - Słuchaj, czytałam tego twojego bloga. Fajnie, że znowu piszesz coś, bo miałaś chyba jakąś długą przerwę… - Tu muszę coś uzupełnić, Bibi, gdy jeszcze chodziłyśmy do liceum czytała moje felietony publikowane w szkolnej gazetce, ale zawsze wyciągała z nich inne wnioski niż te, do których zmierzałam. Najpierw myślałam, że muszę uważniej pracować nad komunikacją. Później się zorientowałam, że ona ma zawsze i na wszystko indywidualny punkt widzenia. Za to bardzo ją cenię i czasami tęsknię za jej okiem. Potrafi dostrzec aspekty, o których nie miałam pojęcia, że istnieją. Potrafi też je wyjaśnić. - Ale tak sobie pomyślałam, że trochę szkoda, że tak jesteś sama i obcy faceci mają cię za wariatkę. -Cała Bibi. Nie skorzysta z możliwości użycia łagodniejszego słowa, bo i po co…? - Ja ciebie dobrze znam, wiem że jesteś bardzo fajna, ale wiesz, to takie nie jest oczywiste, nie od razu. - Cała Bibi, dyplomacja prawie "na eksperta"... - Rozmawiałam z koleżankami z pracy o tobie, nie znasz ich więc nie będę się zgłębiała z kim dokładnie. - Cała Bibi, rozmnaża swoje teorie bez autoryzacji i sprzedaje zupełnie obcym ludziom. A dziwiła się, że nie przyszłam w ubiegłym roku na imprezę z okazji jej awansu. - W każdym bądź razie stwierdziłyśmy, że po prostu faceta trzeba uprzedzić. - Nie mam pojęcia co to oznacza. - I mam takiego kolegę…  - Ku*wa, nieee… -  Któremu już o tobie opowiedziałam… 

- Proszę cię powiedz, że żartujesz. - Musiałam jej przerwać, jeszcze chwila a nakryłabym głowę zdzieranym w myślach obiciem z fotela.

- On jest bardzo fajny i też taki trochę inny, jestem pewna, że się dogadacie… - Już się boję.

Bibi to inteligentna i troszkę pracowita kobieta, której udało się pogodzić sukces zawodowy z udanym życiem rodzinnym. Właśnie dlatego uznałam, że jej teorie i pomysły nie mogą być takie złe… W przypływie słabości zgodziłam się spotkać z jej "uprzedzonym" znajomym. Eksperymentalnie. 

Jeżeli facet okaże się nijaki lub nieprzyjemny, obrócę się na pięcie i wyjdę. Jeżeli będzie inaczej, dowiem się na czym polegało "przygotowanie go na mnie". Tak, zgodziłam się z czystego egoizmu i chęci usłyszenia co mówi się o mnie za moimi plecami. No i z jeszcze jednego powodu: czułam, że Bibi się nie podda, a jest twardym negocjatorem. Jej celem na przedpołudnie było umówić mnie na randkę. Moim - powrócić do samotnego nicnierobienia. Osiągnęłyśmy konsensus.

Cdn.

----

Aktualizacja: W Palm Cafe NIE MA internetu dla klientów. Okropnie niemiła kelnerka powiedziała mi to z satysfakcją w głosie, gdy byłam tam wczoraj. Dodała, że mogę korzystać z sieci miejskiej (która ma tam słaby zasięg). Irracjonalna polityka firmy, ale "przemęczę się" w innych kawiarniach w rynku, w których nie brakuje sieci, dobrej kawy ani uprzejmej obsługi. 

Komentarze (2)
7 powodów by w przyszłym wcieleniu zostać moim kotem

Podobno zdjęcie miewa więcej treści niz tysiąc słów. Autor tej tezy raczej nigdy nie pisał pod SEO, ale coś w tym jest. Ponizej zamieszczam moich siedem obrazów, dlaczego w kolejnym wcieleniu chciałabym zostać moim kotem. Nie jakimś kotem tylko dokładnie moim...

Jezeli tego nie da się zrobić, a reinkarnacja istnieje, to ewentualnie chciałabym być jeszcze raz sobą. 

PS Zauważyliście, że dzisiejsze wydania gazet są jakieś bardziej wyluzowane? Cisza wyborcza jest cool:))

Komentarze (0)