iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

PAP żąda odszkodowania za... kradzież informacji

Polska Agencja Prasowa pozwała wydawnictwo Polskapresse za bezprawne wykorzystywanie depesz, ogólnie nazwane piractwem informacyjnym. Żąda horrendalnego odszkodowania w wysokości 1.150.000 zł.

Chodzi z grubsza o to, że Polskapresse 11 miesięcy temu zrezygnowało z abonamentu PAP. PAP twierdzi, że pomimo rezygnacji z usług, dziennikarze pracujący dla tego wydawnictwa nadal posługują się ich depeszami, ale zaciągniętymi z internetu.

I tu cytuję wypowiedź członka zarządu Agencji: Wtórne wykorzystywanie informacji w internecie jest po prostu kradzieżą, a ono się powszechnie dzieje. Niestety upowszechnia się przekonanie, że to, co jest w internecie, jest bezpłatne. [Mała poprawka, za wiele rzeczy w internecie trzeba zapłacić, za inne wysłać SMS - przy. red.] Z portalu, który kupuje od nas serwis i działa legalnie, ktoś może skopiować depeszę, a to już jest bezprawne wykorzystanie naszej informacji.

No tak, bo jeżeli PAP ma jakąś informację, to znaczy, że nikt inny jej nie ma, chyba że zapłaci.

Polskapresse na to: [PAP jako] dawny monopolista w dostarczaniu informacji nie znalazł pomysłu na funkcjonowanie w świecie gdzie liczba dostawców informacji, szybkość z jaką jest dostarczana gwałtownie wzrosły, odbierając PAP główną dotychczasową przewagę konkurencyjną.

Osobiście nie wierzę by dziennikarze Polskapresse nie dostosowali się do wymagań prawa autorskiego i prawa prasowego.

Dodaję link do artykułu.

I tu dwie kwestie, które z okazji buntu agencji chciałabym poruszyć:

Po pierwsze - odszkodowanie w wysokości 1.150.000 zł PAP obliczył sobie jako abonament za 11 miesięcy. Czyli ponad 104 tys. zł miesięcznieR30; Depesze są powielane przez N czasopism i (co ważniejsze) portali, często niewiele zmienione. Przy tak dużej liczbie sprzedanych e-egzemplarzy, które w necie i tak nie są treścią unikalną, to chyba za bardzo wyśrubowana cenaR30;

Po drugie - rozumiem, że tekst jest utworem. Ale czy sama informacja może być czyjąś własnością? A jej przekazywanie piractwem?

Czyli plotkowanie na blogu o męskich kompleksach, tańcu na rurze i słabych mózgach singli to piractwo informacyjne?!?

Ogłoszenie drobne: Zamienię kota na opaskę na oko i małpkę.

Komentarze (1)
Starbucks… Billy Joel… Nowy Jork - stan umysłu

Ostatnio trochę zaniedbałam bloga… Pochłonęły mnie piętrzące się obowiązki, ale już jestem. Przeczytałam ciekawy (ciekawostkowy ?) tekst o tym jakoby Starbucks wkradł się na salony i pozował do zdjęć wraz z najpiękniejszymi strojami sezonu… Wprost muszę to szerzej skomentować.

Moda na papierowy kubek w ręce i qwerty-telefon w drugiej wzięła się oczywiście z Nowego Jorku - mekki wolnych zawodów.

Tam zabiegani pracoholicy zrezygnowali z delektowania się kawą podawaną w porcelanie. Najbardziej pożądani freelancerzy piją ją w metrze i na zatłoczonych ulicach. Ich czas jest zbyt cenny by parzyć ją w firmie. Dlatego decydują się na papierowy kubek i… powiedzmy to szczerze - średniej jakości kawę. Byle tylko zażyć kofeinę.

Starbucks jako dowód braku czasu stał się symbolem sukcesu. Modę tę skopiowali Polacy.

Fascynuje mnie Nowy Jork, podobnie jak Billy Joel uważam, że to nie miasto, lecz stan umysłu. Proponuję jednak nie zżynać bezmyślnie losowych detali tamtejszego stylu życia. Mamy przecież swoją kulturę, historię, plany i doświadczenie, a co za tym idzie - nawyki...

Ja lubię je pielęgnować. A zamiast papierowego kubka, pomimo chorobliwego braku czasu, wybieram ten mój, ceramiczny, z buźkami Bolka i Lolka.

__________________________________________________________

Jako ciekawostkę dodaję teledysk Billy Joela (facet w średnim wieku niepewnie wyginający się do muzyki pop to zawsze zabawny widok…):

Komentarze (2)
Metka i logo nie mówią, że jesteś kimś, ale mówią kim jesteś

Obecnie nie wolno być sobą, bo być sobą to za mało. Dzisiaj trzeba obkleić każdą wolną przestrzeń własnej osobowości jakimś logiem... lubionym, cenionym, albo co najmniej znanym.

Gdy byłam dzieckiem, marzyłam o spodniach z BigStar’a. Problem był taki, że mój ojciec uznawał je za wieśniacze. Poddałam się wpływowi rodziców i nosiłam piękne sukienki. Marzenie ostygło dopiero gdy podrosłam i zorientowałam się, że rodzice mieli rację.

Markowe ciuchy kiedyś oznaczały że masz kasę, więc jesteś kimś. Ale dzisiaj taki skrót myślowy nie wystarczy. Jest wiele rzeczy drogich, dlatego w doborze ubrań i gadżetów kierujemy się dodatkowym elementem - przyklejając do siebie logo uzewnętrzniamy nasze wnętrze, naszą historię. Nie mówimy nimi, że jesteśmy kimś, ale mówimy kim jesteśmy.

I tu pułapka, bo każde logo ma dwa znaczenia.

Co oznacza lans na kubek starbaksa?

Oficjalnie? Masz duszę artysty, dziennikarza, literata, głowę zanurzoną w intensywnych myślach. Kawa to paliwo dla twojego myślenia. A byle jakiego paliwa do godnego pozazdroszczenia baku się nie wlewa…

A tak naprawdę? … że nigdy nie byłeś w Stanach. Stamtąd wywodzi się ta marka. Oryginalnie związana jest (głównie) ze stacjami benzynowymi, przy nich zlokalizowane są punkty dystrybucji. Kawę w starbaksie kupują ci, których w dobrej kawiarni stać co najwyżej na toaletę.

Co oznacza lans na ajFona?

Oficjalnie? Dużo wymagasz od siebie, więc i dużo wymagasz od narzędzi swojej pracy. A najważniejszym narzędziem w kontaktach z ludźmi jest telefon. Taki super-hero jak ty bez telefonu z ekranem dotykowym i światełkami byłby jak Batman bez Batmobila.

A tak naprawdę? … że nie znasz się na gadżetach. AjFon jest genialnym rozwiązaniem wyłącznie dla ludzi, którzy od dawna żyją w terminologii Jabłka. W Polsce mamy ich 2 procent. Maniaków ajFona – 20 procent… czyli 9 na 10 właścicieli tego telefonu nie wyciągnie z niego nawet połowy wartościowych funkcji; a druga połowa funkcji jest o wiele czytelniejsza w byle Nokii.

Podwójne znaczenie można przypisać każdej marce.

Osobowość to za mało. Jej nie widać. Obwieszanie się symbolami kiedyś było domeną nastolatków. Im wybaczano pozawerbalne wyrażanie siebie. Tyle że niektóre nastolatki wyrosły z rozmiaru dziecięcego, ale z dziecięcej manii wyrażania siebie poprzez metki nie. Boją się być tylko sobą?

Komentarze (7)
Nowy członek rodziny i nowe priorytety

Na blogowisku uwidoczniła się nowa persona, czy raczej trzy - Szymon, La Puccita (masakra, co za imię) i Maharadza (dwa koty i ich właściciel - mój nowy i póki co jedyny kolega). Blog Mah przypomniał mi o zmianach w moim życiu jakie nastąpiły, gdy zamieszkał ze mną mój Superkocurek.

Zmienił moje priorytety. Nagle najbardziej zajebistymi gadżetami przestały być iPhone i kubek Starbucksa, a zaczęła automatyczna spuszczarka kocich odchodów.

Wygląda to tak:

A działa to tak:

 

A tak wygląda z kotem w środku:

Niezłe nie?

Nie wpisuję nazwy firmy bo właściciel portalu oskarży mnie o marketing wirusowy. Ale na wiadomości odpiszę :)

Oczywiście po trzech tygodniach mieszkania z tym nowym członkiem rodziny okazało się, że Superkocurek to Superkotka... Jednak nie zmieniałam już imienia, bo na "Superkotka" nie reagował. Na "Superkocurek" też nie, ale ja się przyzwyczaiłam. No i tak ma napisane w książeczce zdrowia.

Niektórzy pewnie śmieją się z takich jak ja, że zapędy macierzyńskie realizujemy na kotach. Może coś w tym jest. Ale to bardzo naciągana teoria. Dla mnie kociaki to po prostu świetne zwierzaki.

Komentarze (6)