iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Bank się zmienia, pora zmienić bank

 BZWBK - bank, w którym trzymam swoje karty kredytowe wprowadził ostatnio dwie poważne zmiany, które bardzo mnie martwią. Po pierwsze zmienia kolorystykę marki z zielonej na czerwoną, która zamiast uspokajać (jak robił to kolor zielony) - straszy.

Po drugie, wprowadził bardzo głupie funkcjonalności, między innymi wykres kołowy przedstawiający udział moich zobowiązań do oszczędności i bieżącej gotówki... On też straszy, ale znacznie bardziej.

Mi dont lajk it! Wykres pojawia się na stronie ponad moją historią konta, czyli teoretycznie został uznany przez "mądrego" autora projektu za istotniejszy od listy transakcji.

Wróćmy do strachu - ten obrazek daje mi do zrozumienia, że nie radzę sobie z finansami, co nie jest prawdą, gdy uwzględni się moje inne konto, to na którym bardziej opłaca mi się trzymać gotówkę i oszczędności. Czyli straszy mnie na wyrost? straszy bo nie wie? Zasada: "jak nie wiesz, to nie gadaj" powinna dotyczyć też banków. 

BZWBK nie daje mi juz poczucia stabilizacji. Co ciekawe, zmiana warunków i wysokości opłat na minimalnie mniej korzystne niż u konkurencji tak mnie nie poirytowały, jak ten głupi wykres. 

Bank się zmienia. Pora zmienić bank. 

 

Komentarze (3)
Jak 'Pieczone gołąbki'

Z okazji jutrzejszego piątku, za którym animatorzy profili na fb i pracownicy korporacji tęsknią od wtorku (wyjątkowo nie od poniedziałku), dedykuję nam wszystkim wazną, jak nie najwazniejszą zasadę dobrego pozycia w pracy:

W pracy bądź jak szczypiorek na wiosnę.
Niby pszczółka wesoło w niej brzęcz.
Gdy w złym jesteś humorze to o innej dnia porze
kogoś wynajm i wtedy go męcz ...

Cytat pochodzi z komedii Chmielewskiego "Pieczone Gołąbki" z 1966 roku. Mam dziś wrażenie, że po blisko pół wieku film ten jest nadal aktualny, pamiętacie hydraulików? Link do klipu...

Podobna ekipa wymienia kafle w ramach napraw deweloperskich na balkonie ponad moim. Robią to od kwietnia. Ich rusztowanie zastawia okna, widok, cały chodnik i wyjście z mojej klatki. Wiedziałam, ze źle to się dla mnie skończy i kiedyś wywinę orła. Kiedyś nadeszło dzisiaj. I tak jak dotąd naprawdę starałam się (i to bardzo) nie narzekać, nie przeklinać i być miłą mieszkanką, to dziś miarka się przelała i mam ochotę wypowiedzieć komuś wojnę... 

Ale w pracy będę jak pszczółka i szczypiorek,choćby nie wiem co się działo :)

Komentarze (0)
Sprzedawca kontra sprzedawca

Czy byłaś kiedykolwiek w butiku Jimmy Choo? Ja całkiem niedawno przechodziłam obok zachęcająco prezentującej się witryny jednego z saloników tego brytyjskiego designera. Za szybą stały zaledwie trzy pary pantofelków, a jakże bogato się prezentowały!

Z miejsca przypomniałam sobie ostatnie reklamy w jednym z popularnych czasopism dla kobiet i ciągle narzucającą mi się w Internecie reklamówkę Jimmy Choo 24/7. Była genialna! Muszę wejść do środka!

Nie powiem, było mi trochę wstyd tam wejść. Przecież wiadomo, że nie stać mnie na buty Jimmy Choo, ich ceny zaczynają się od 2000 zł. Nawet nie chcę odkładać na pierwszą parę, bo jak mnie wciągnie to drogie hobby, to zastawię dom, by nosić tylko je. I choć to wszystko wiem, strasznie chcę wejść do środka.

Nieśmiało stanęłam w progu. Nie minęło kilka sekund, gdy dostrzegła mnie dojrzała kobieta w perfekcyjnie skrojonej garsonce. Podeszła i uśmiechnęła się. Nie zapytała, czy może w czymś pomóc. Nie zapytała, czego szukam. Wiedziała bardzo dobrze, że nie potrzebuję pomocy i wcale się nie zgubiłam. Jestem tu, bo... Zawahałam się. Tu jest tak strasznie drogo... Po co weszłam do środka?

- Zapraszam - powiedziała do mnie ciepłym tonem i prawą dłonią wskazała wielką sofę tuż przy jednej z półek ozdobionej pantofelkami.

Kanapa sama prosiła się, by na niej usiąść. Tak też zrobiłam.

- Czy mogę zaparzyć Pani kawę? Mamy też fantastycznego różowego szampana, w kolorze najnowszej wersji pantofelków Jimmy Choo Anouk...

Spojrzałam ponownie za dłonią przemiłej kobiety. Wskazała mi stojący za sofą, po drugiej stronie od drzwi szklany stolik. Na nim prezentowały się dumnie szpilki Jimmy Choo Anouk w kolorze szampana. Ich lakierowana skóra miała połysk jaśniejszy od srebrnego naczynia, w którym chłodził się wspomniany alkohol.

- Poproszę kawę. - Wydusiłam z siebie nieśmiało i sięgnęłam po buciki.

Kobieta odeszła ode mnie na chwilę, podeszła inna. Znacznie młodsza, wydaje mi się że w moim wieku, albo jeszcze młodsza. Uśmiechnęła się do mnie i przystanęła na moment

- Model który trzyma Pani w ręku jest w rozmiarze 35, a jaki Pani nosi? - Zapytała.

Znowu zawahałam się. Chwilę zastanowiłam. Tak naprawdę nie wiem jaki dokładnie noszę rozmiar...

- 36 albo 37 - powiedziałam głośno - zależy od producenta. - Tak, to producent decyduje jaki rozmiar noszę, nie moja fizjonomia.

Dziewczyna charakterystycznie przytknęła palec wskazujący do policzka kciuk umieszczając pod brodą, pozostałe palce zwinęła w lekko zaciśniętą pięść. Westchnęła radosnie i wyjaśniła mi:

- Czyli 36 i pół. Absolutnie każdą parę możemy wykonać dla Pani w dokładnie dopasowanym co do milimetra rozmiarze. Pójdę po Anouk...

Jak powiedziała, tak tez zrobiła. Odwróciła się tanecznie na szpilce Jimmy Choo Gilbert i jakby frunęła w powietrzu oddaliła się w stronę schodków. Jej buty musiały być niesamowicie wygodne. Odprowadziłam ją wzrokiem, w tym samym czasie na horyzoncie pojawiła się wcześniej poznana przeze mnie kobieta, niosła tacę z kawą. Z daleka czułam pyszny aromat. Gdy taca wylądowała tuż przy mnie, zobaczyłam jeszcze maleńkie ciasteczko na talerzyku tuż przy filiżance.

Kobieta widziała mój niezaprzeczalny zachwyt nad trzymaną w dłoniach parą Anouk, więc odezwała się...

- Anouk to jeden z najważniejszych modeli butów Jimmy Choo. Pochodzi z kolekcji Jimmy Choo 24/7 i jest klasykiem. Klasykiem, który powinien znaleźć się w posiadaniu każdej kobiety. Fenomenalnie pasuje do każdej garsonki służbowej, robi furorę na czerwonym dywanie noszony do kreacji wieczorowej. A gwiazdy pokroju Alexy Chung, czy Angeliny Jolie noszą je nawet do dżinsów...

I tak oto siedząca przy mnie na niewielkim stołeczku-pufie dojrzała i bardzo elegancka kobieta snuła dla mnie opowieść o butach Jimmy Choo. Słuchałam oczarowana jej barwą głosu, miękkim tonem i zaraźliwym płomieniem w oczach rozpalającym się przy każdym kolejnym przywołaniu nazwy marki Jimmy Choo... Jimmy Choo... Jimmy Choo...

Gdy przyszły do mnie pantofelki Jimmy Choo Anouk, powoli lecz łapczywie chwyciłam je w dłonie i podziwiałam. Wyglądały bajecznie. W dotyku sprawiały wrażenie istnego kawałka nieba. Nie potrafiłam wypuścić ich z rąk nawet na rzecz przymierzenia. Chwilę trwało, zanim odważyłam się zdjąć moje wielkie, masywne portugalskie kozaki z wysoka cholewką. Zobaczyłam moje przebrzydłe wełniane skarpety i miałam ochotę zapaść się pod ziemię ze wstydu, że noszę skarpety, a nie pończoszki. Kozaki, a nie pantofelki. Spojrzałam na nie, ale ich twarze nawet nie drgnęły. Uśmiechały się zachęcając mnie do przymierzenia pantofelków. Wyciągnęłam z torebki pończoszki-stópki. Takie, jakie zakładam zawsze, gdy jestem na targach i przymierzam dziesiątki butów dziennie, albo gdy odwiedzam sklepy obuwnicze. W sumie do dzisiaj nie wiem, czy w butiku Jimmy Choo też trzeba je zakładać? Czy w butiku Jimmy Choo wypada je zakładać? Czy ekspedientki podałyby mi je, gdybym nie miała swoich? Nie wiem. Twarze kobiet nawet nie drgnęły, nie wykazały ani nuty zdziwienia. Uśmiechały się zachęcając mnie, bym poszła dalej  i w końcu przymierzyła buty Anouk.

Założyłam. O, Jeżuśku! Siedem! Siedem! Siedem!

Anouk to szpilki mierzące 9 i pół centymetra wysokości. Z przodu zakończone spiczastym noskiem mocno zwężającym stopy, trzymającym je w ryzach. Sztywna skóra zewnętrzna cholewki zmieniła kształt stopy na niesłychanie uwodzicielski. Wewnętrzna mięciutka skóra przyjemnie otulała moją własną skórę. Czułam się świetnie w mojej skórze. Fantastycznie było stanąć na wyprostowanych nogach i widzieć świat z poziomu plus 9 i pół centymetra, tak jak widza go Alexa Chung i Angelina Jolie - w Jimmy Choo Anouk i dżinsach. Przeszłam się kilka kroków, rzeczywiście - są to znacznie wygodniejsze buty od wszystkich tych Aldo i innych podobnych wynalazków. Nagle cena 525 euro nie wydawała się taka straszna.

Wtedy spędziłam w butiku niemal 3 godziny. Nie wiem co bardziej zawróciło mi w głowie - 4 pary przymierzonych pantofelków, czy może kilka kieliszków szampana (na którego w końcu się skusiłam). Niemniej jednak, choć nic nie kupiłam, czułam się jak po najbardziej sycących zakupach.

Przypomniała mi się ta historia, bo przed chwilą wyszłam ze sklepu obuwniczego w jednym z większych centrów handlowych we Wrocławiu, gdzie ekspedientka długo ignorowała mnie, by w końcu od niechcenia podejść do mnie i zapytać, czy może mi pomóc, czy szukam czegoś konkretnego?

- Szukam konkretnie butów. Czy pomoże mi pani znaleźć buty?

Dziewczyna rozejrzała się po sklepie i powiedziała:

- Jest to, co Pani widzi. Nic więcej nie mamy. Jak będzie pani chciała coś kupić, to proszę mnie zawołać.  - I odeszła w stronę kasy, gdzie dumnie stanęła i z miną ciecia obserwowała zagubione w sklepiku kobiety.

Nie wiem ile par butów otaczało mnie w tym sklepie sto? Trzysta? I tak wydawał się strasznie pusty. Nie wiem w jakiej cenie zaczynają się tu buty od 200 zł? Strasznie drogo. Może gdybym przymierzyła, spodobałyby mi się bardziej, ale jakoś tak, nawet nie wiem jaki mam rozmiar 36? A może 37? Nie będę zawracać głowy kasjerce wyszukiwaniem mojego rozmiaru. Jeszcze potraktuje mnie jak Katarzynę Grocholę, której kiedyś ekspedientka w jednym ze sklepów obuwniczych rzuciła prosto w twarz: - I tak nie stać Pani na te buty. Spakowałam swoje ambitne cele zakupowe i wróciłam do domu z pustymi rękami.

Jezeli kiedyś kupię buty w tym sklepie to chyba tylko przez przypadek i wbrew woli "sprzedawców". Niektóre ekspedientki to typowe przykłady handlowców, dla których sprzedać oznacza podać z półki i wydać paragon.

W Jimmy Choo kupię buty, jak tylko umożliwi mi to sytuacja. Ekspedientki Jimmy Choo sprzedały mi markę, zrobiły ze mnie swoją przyszłą klientkę. I nawet jeśli z szampanem przesadziły, to wydawanie pieniędzy (nawet w ostatecznym rachunku moich) na sprawianie mi przyjemności to bardzo dobry pomysł.

Komentarze (1)
Jak stworzyć skuteczną kampanię w social mediach?

Nie cierpię fejsa. Strumieniem newsów rządzą konkursowicze i zaangażowani pracownicy agencji para-kreatywnych, albo generalnie pracownicy realizujący social-PR swojego pracodawcy. "Dobrowolnie"... 

Nie tracąc wiary w ludzi zdarza mi się odpalić fb w czasie wolnym, a od wielkiego dzwona nawet znaleźć coś wartego uwagi. Na przykład dziś, aż muszę się tym podzielić dalej. Na 28. pozycji, po kilku doładowaniach listy wpisów znalazłam "szczery trailer" ostatniej części Bonda. Genialny w swej prostocie, bezczelny i bezkompromisowy klip, zobacz koniecznie - tutaj

Podobał Ci się trailer "Skyfall"? Zobacz "Jurassic Park"! - tutaj.

W "szczerym trailerze" filmu "Incepcja" uwielbiam dowody, że nawet bohaterowie nie wiedzą, o co w nim chodzi... tutaj.

Dobra, ale przejdźmy do sedna tego wpisu, czyli jak stworzyć skuteczną kampanię w social mediach? Mój były szef uwielbiał powtarzać, że musimy coś zrobić, żeby mediami społecznościowymi "lewarować" jego serwis (tak, używał dokładnie tego słowa - lewarować), czyli by ściągnąć z fejsa więcej użytkowników. Ta sztuka udała się "Honest Trailers" i wielu innym filmom z ciekawych kanałów, artykułom z serwisów dbających o jakość treści, wpisom z blogów wartych odwiedzania, wyszukanym produktom, pasjonującym grom, przyjemnym konkursom z realnymi nagrodami, prawdziwym promocjom...

Nie jestem ekspertem, ale coś mi mówi, ze zajebistość produktu ma znaczenie. Szersze kręgi zataczają polecane, promowane, zintegrowane i podbijane zajebiste wpisy niz te zupełnie przeciętne, o niczym, marnujące nasz cenny czas. Choć tych ostatnich jest ilościowo więcej.

Na koniec dnia reklama dobrych produktów kosztuje mniej, bo jezeli produkt jest dobry i generalnie posiada podstawowy sens istnienia zakomunikowany swemu adresatowi w sposób czytelny nie tylko dla autora projektu - ktoś może nawet chcieć za niego zapłacić.

Ja naprawdę odkrywam tu Amerykę, bo gdyby to była dla wszystkich tak oczywista oczywistość, jak dla mnie i dla Ciebie, nie musiałabym przewijać az 27 facebookowych postów konkursowych i firmowych, by dotrzeć do pierwszego wartego uwagi i polecenia dalej.

-----------------------

PS. Czy ktoś wie jak dodać film na bloga iWoman? Wklejany kod z YT działa tylko w edycji, nigdy po publikacji (kod jest wycinany przed publikacją wpisu). Czy można to obejść?

Komentarze (1)
Dziadek od orzechów trudnych do zgryzienia

Mój dziadek Wittlin dwa razy zaskoczył mnie w rozmowie. Strasznie żałuję, że tylko dwa razy rozmawialiśmy ze sobą, ale to inna historia. Nasza zaczyna się, gdy jako nastolatka, jeszcze niespełna rozumu, a przynajmniej jeszcze mniej rozumna niż obecnie usłyszałam od niego:

- Jak kiedyś zdradzisz męża, to wytrzyj usta, wracaj do domu i nikomu nic nie mów.

Oczywiście w myślach oburzyłam się. Oburzyłam się, bo nie wiedziałam o co mu chodzi, czy według niego zdrada jest czymś normalnym? Czymś, co po prostu się robi i już? Zajęło mi wiele lat rozszyfrowanie jego słów. Wcale nie popierał zdrady i raczej nie myślał, że mogę kiedyś chcieć lub mieć okazję kogokolwiek zdradzić. W swojej teorii zdrady nie widział mnie jako osoby, widział dzieciaka, którego chciałby ochronić przed jednym z dwóch największych błędów w jego życiu. Ten pierwszy w końcu zrozumiałam. By go wytłumaczyć, muszę sięgnąć końca lat czterdziestych w Poznaniu...

Młody Wittlin tuż po wojnie gdy wrócił do Polski bardzo chciał się osiedlić, założyć rodzinę i spróbować normalności. Wcześniej spędził pięć lat w obozie niemieckim, w najcięższym z obozów. Stracił w nim zdrowie, wszystkie swoje zęby i wiarę w jakikolwiek sens życia. Potem zobaczył ją - prześliczną dziewczynę, młodziutką, radosną, wypełniającą wszystkie jego myśli i nerwy od skroni aż po czubki najmniejszych palców. Zanim zdążył zamienić z nią choć kilka słów, poszedł do jej ojca zapytać o zgodę na poznanie jej bliżej i zaręczyny. Nie dostał jej.

- To jest moja druga córka, ona nie wyjdzie za mąż, póki nie wydam pierwszej. Jak masz się o kogoś starać, chłopcze, to o pierwszą córkę. - Zadecydował ojciec i zawołał najstarszą z trzech córek do salonu, by pokazała się absztyfikantowi.

Dziewczyna słysząc wołanie ojca przerwała zszywanie zakładek sukienki siostry, uniosła się powoli z fotela, poprawiła spódnicę i nieśpiesznym krokiem jak na ścięcie udała się w kierunku salonu. Tuż przed drzwiami, jeszcze schowana w cieniu przeżegnała się i cichutko westchnęła, by cisnąć klamkę i powoli otworzyć drzwi, wyłonić się zza ich krawędzi. W pokoju zobaczyła ojca i siedzącego obok młodego mężczyznę. Na stole stała niemal opróżniona karafka ajerkoniaku jej roboty. To jej specjał. Ojciec nie wyciągał go nigdy dla byle kogo. Rzuciła spojrzenie w stronę matki, którą dopiero teraz dostrzegła w rogu pokoju, siedzącą na krześle pod ścianą. Jej oczy zdawały się zagrzewać córkę do uśmiechu. Przez moment starała się uśmiechnąć... wtedy spojrzała na absztyfikanta. Przystojny, z pewnością wysoki, starszy od niej co najmniej kilka lat. Jego czarne włosy nadawały surowości wyrazowi twarzy. Jego twarz zastygła w bezruchu na jej widok.

- Ładna, nie? - Powiedział ojciec. - Obróć się! A teraz znowu stań przodem! - Po czym zwrócił twarz ku chłopakowi i dodał: - Gotuje, sprząta, szyje, dobra dziewczyna. Nawet posłuszna.

Zażenowana spuściła wzrok i już nie podniosła go do końca spotkania. Tylko słuchała. Na skinienie matki usiadła obok niej.

Dziadka wersja brzmiała zupełni inaczej. Powiedział ją w dwóch zdaniach:

- Ja chciałem Ulę, ale dostałem Bożenę, gdybyś ją widziała jaka była piękna. Niestety nigdy mnie nie kochała.

Ostatnie zdanie, to zdanie wytrych do ich historii. Bożena za niego wyszła, nie dlatego, że ojciec kazał. Zdanie ojca miała głęboko. Wyszła za mojego dziadka z innych powodów, które opowiem przy innej okazji. Dziś ważne jest to, że go nie kochała. Ona go tylko tolerowała przez jakiś czas. Rozwiodła się z nim, gdy tylko dał jej ku temu dawno wyczekiwany powód. Bo on w końcu dał jej ten powód. Resztę życia żałował, że tak szybko dał się złamać, podpuścić, na moment okazać słabość, zamiast do końca walczyć, by w końcu udowodnić jej, że to wszystko - w tym oni - ma sens. Ich małżeństwo trwało tylko cztery lata.

Druga nasza rozmowa wyglądała podobnie. Usiadł na minutę obok i powiedział do mnie:

Zanim kogoś obrzucisz błotem, zastanów się nad tym bardzo dobrze. Bo łatwo wysmarować błotem, ale wyczyścić później, to już się nie da...

Wyrzucił z siebie i odszedł. Dopiero teraz zrozumiałam co tak naprawdę mi powiedział, gdy nagle temat smarowania błotem stał się bardzo bliski równiez mi. Dziadek widział w tym pierwsze dno, bo wiedział, że gdy kogoś oczernisz w oczach pewnych ludzi, to później już nigdy go w nich nie domyjesz. Na przykład ojca swoich dzieci, jak to stało się z dziadkiem, który pewnych orzechów przegryźć już nigdy nie zdołał.

Drugie dno jest intymniejsze - obrzucając kogoś błotem musisz liczyć się z tym, że Cię znienawidzi. Obojętnie komu i co mówisz, znienawidzi właśnie Ciebie, za rzucone przeciw niemu czarne, brudne i lepkie słowa. Rzucając błotem, odsuwasz od siebie tę osobę na zawsze, bo nawet jeżeli wszystko później odszczekasz, nigdy nie domyjesz siebie przed nią. Nigdy Ci nie wybaczy.

Jak pisał M. Ogórek - niewazne, czy sięgnąłeś drugiego dna, wystarczy ze dotarłeś na pierwsze.

Komentarze (0)
Odlot - Hawaje

Pewien bardzo mądry koleś powiedział kiedyś, że należy żyć według scenariusza, który najchętniej napisałoby się dla siebie. Potraktowałam te słowa bardzo poważnie i kupiłam bilet na Hawaje. Gdy piszę te słowa, siedzę tu:

Pozdrawiam z Big Island of Hawaii!

 

Gosia W. - 24 XII 2012

 

Komentarze (0)
Wszystkie fazy rozstania

Jeżeli ktoś opowiada wam jak bardzo przeżywa rozstanie, to znaczy, że go w ogóle nie przeżywa, albo go nie rozumie. Tak czy siak, rozstania się nie „przeżywa”, je się tylko przechodzi, etapami. Rozstanie jest jak umieranie. Nie napiszę bzdur typu "umiera cząstka Ciebie" albo, że ze łzami w oczach mówi się "żegnaj na zawsze", bo to przerost dramatycznej formy nad prozaiczną treścią. Sedno odejścia nie ma nic wspólnego z telenowelą.

Proces rozstania przebiega w pięciu etapach. Otwiera go zaprzeczenie, później nadchodzi gniew, po nim negocjacje, aż w końcu depresja. Dopiero gdy minie, następuje ostateczna faza akceptacji. Bywa, że czeka się na nią latami.

Mi chyba dość łatwo rozstawało się z facetami, dlatego mam trochę tych "ex". Wiem dobrze, że świetnych facetów żyje sporo na tym świecie i szkoda marnować czas na frajerów. Gdy Twój facet okazuje się frajerem, rzuć go. Nie zastanawiaj się, tylko go rzuć. Za rogiem czeka ktoś, komu nie będzie wszystko jedno. Emocjonalny koszt rzucenia frajera to tylko 5 faz. Rzuć trola!

Rzucić trola jest łatwiej niż rozstać się z przyjacielem lub ukochaną pracą.

Fazy rozstania typowe dla umierania przechodzę teraz, gdy odchodzę z mojego ukochanego projektu. Odejść muszę, by rozwinąć się zawodowo. Zrobić coś więcej, lepiej, ciekawiej i za więcej. Mój rozum to wie. Lecz emocje i tak przeciągnęły głowę przez wszystkich 5 faz. W końcu znalazłam się na ostatniej i moi szefowie także. Więc jednak wszyscy jesteśmy juz dorośli.

Komentarze (2)
Ciesz się ze swojego zawodu, zawsze mogłeś zostać prawnikiem

Ostatnio za sprawą siły wyższej i bezczelności kilku nieprzeciętnie odrażających osób, trochę więcej czasu zajmują mi sprawy prawne. Dzięki nim doświadczyłam na własnej skórze, jak wielki burdel panuje w polskim systemie prawnym (w przepisach), dowiedziałam się także dlaczego.

Przyczyn upatruję co najmniej pięciu:

1. Burdel w przepisach jest po to, by każdy pieniacz w każdej, nawet najgłupszej sprawie, miał podstawy by wynająć adwokata i coś komuś udowodnić.

2. Prawo nie chroni słabszych.

3. Prawo nikogo nie chroni. Prawo nie jest narzędziem ochrony, jest narzędziem walki.

4. Prawo jest dla prawników.

5. Wygrywa ten, kto ma lepszego prawnika.

Już wiem także, dlaczego prawnicy żyją w tak zamkniętym środowisku i żenią się tylko z prawnikami innej maści lub lekarzami. Bo, albo tylko prawnik zrozumie obowiązkowy brak kręgosłupa moralnego, albo prawnik w głębi duszy wie, że wymaga leczenia.

---

PS. Znam kilka wyjątków od tej reguły, ale znam ich prywatnie i nigdy nie widziałam na sali sądowej. Cenię ich jako wspaniałych ludzi, again: prywatnie. Wszyscy, których widziałam "w akcji" wypracowali w mojej głowie i potwierdzili na moich oczach powyższych pięć twierdzeń. A to, że obecnie prawnik broniący mnie w jednej sprawie atakuje w innej, przykleiło mi witki do gleby.

Komentarze (2)
Bogowie i Obcokrajowcy

Nie ma nikogo bardziej optymistycznego niż kobieta szykująca się na pierwszą randkę. Pełna nadziei,  intensywnie planująca ogół i każdy szczegół z osobna. Ostatnie 24 godziny są już tylko odliczaniem i skrzętną realizacją planów. Z trudem powstrzymuje projekcję najskrytszych marzeń, a z każdą kolejną godziną narastają emocje i oczekiwania. W ostatnich minutach w myślach przywołuje tematy warte rozmowy i skreśla te, których woli uniknąć. Na kilka przecznic od umówionej restauracji, zagląda w każdą witrynę sklepową, by upewnić się, że jej odbicie odpowiada temu, co chciałaby pokazać jemu.

Masakra. To zdecydowanie nie o mnie, ja biegłam na randkę spóźniona i zmęczona bardzo intensywnym tygodniem pracy. Wychodziłam z domu odliczając, za ile minut będę mogła wrócić, wśliznąć pod kołdrę i w końcu wyspać. Przysięgam, że to ostatnie takie spotkanie. Jestem do cholery nieparzysta, nie wszyscy zostali stworzeni po to, by kontynuować gatunek. Facetów mam głęboko nie na względzie, co będzie to będzie. A gatunek ludzki nie zając, bo tylko zając to zając.

Dlaczego zgodziłam się na dzisiaj? Trudno powiedzieć. Bo to znajomy przyjaciółki…? No i widziałam jego zdjęcia - jest bardzo fotogeniczny, a ja wolę być płytka i umawiać się z przystojniakami. Obcokrajowiec, który w Polsce mieszka od 6 lat i bardzo mu się tu podoba (sic!), nie zamierza się wyprowadzić. Uczy się tego języka, kultury, obyczajów… A jednocześnie pozostaje wierny swoim. Na podstawie tego opisu wnioskuję, że jest niesamowicie interesującą osobą, więc chętnie go poznam. Nawet kosztem nazwania spotkania „randką”.

Byłam spóźniona. Miałam jego numer przysłany SMS-em. 697-coś-coś. Już nawet przetestowany - napisałam mu dzisiaj, że się spóźnię. Dwa razy. Doskonale zrozumiał za każdym.

Ostateczną godzinę wyznaczyliśmy na wpół do dziesiątej. Miejsce? W modnej włoskiej restauracji Capri. Uwielbiam tam jadać, mają wyśmienity krem z pomidorów, najlepszą w mieście sałatkę z owoców morza, a pizza jest grzechu warta. Wbiegłam zadyszana na mini ogródek, gdy zorientowałam się, że mój telefon dzwoni. 697-coś-coś.

- Halo? - odebrałam.

- Cześć Gosiaku! - Młody bóg. To on. To jego głos. Serce na moment przestało mi bić. Nagle otoczenie zastygło w bezruchu. Zapadła cisza. Po chwili zadudniło głuche „bum”, odbiło głębsze „buum” głośno tłoczonej krwi. Widziałam powolne ruchy kelnerów i klientów w slow-motion. Bum-buum.  - Coooo uuuuu Cieeeebieeee…?” -  Jego głos rozlał się w mojej głowie, przeszedł po nerwach i synapsach po koniuszki palców, wrócił w żyłach rozgrzanej, błękitnej krwi. Zadzwoniło mi w uszach, zakręciło mi się w głowie, zamknęłam oczy, bum-buum. - Jesteś?

- Tak. - W końcu się odezwałam.

- Gdzie? - Zapytał.

- W mieście. - Powiedziałam.

- Ja też właśnie wychodzę na piwo ze znajomym, może dwa. Słuchaj, a może w końcu umówimy się na jakąś kawę albo coś-cokolwiek?

Bardzo lubię „coś-cokolwiek”.

- Co robisz w niedzielę?

- Pranie - Co ja gadam…?!?

- Czyli niedziela jest okej…?

Hmmm, przecież nie mogę umawiać się z jednym facetem stojąc przed knajpą, w której mam zobaczyć się z innym. No, halo!

A może mogę?

- Zdzwonimy się jutro. Okej?

Zgodził się.

Jak tylko zakończyłam rozmowę, wiedziałam, że nie chce mi się wchodzić do tej restauracji. Wolę wrócić do domu i poczekać na jutro, aż zadzwoni Młody bóg i zaprosi mnie na „coś-cokolwiek”.

A może pizza i krem z pomidorów są lepsze od „coś-cokolwiek”? Zegar na komórce wskazał 21:37.

- Małgorzata? - Usłyszałam zza pleców, po czym poczułam palec kłujący mnie trzykrotnie w łopatkę. Odwróciłam się, spojrzałam na Obcokrajowca i serdecznie uśmiechnęłam.

Następne 3 godziny spędziłam na poszukiwaniu powodów, by odmówić „coś-cokolwiek”.

Komentarze (3)
Przestań walić tym młotem!

Niektóre zdjęcia potrafią wyrazić więcej niż tysiąc słów. Znalazłam 3-minutowy film, który wyraza więcej niż niejedna książka. Zobacz koniecznie, daje do myślenia.

Jak ja go interpretuję? Ze jak już znajdziesz "to"... To przestań walić młotem...W innych, w was dwoje, w siebie, po prostu przestań drązyć. Mylę się?

Komentarze (2)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 |