iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

O kim marzą mężczyźni?

Czy jesteś prostytutką, psychopatką, emocjonalnie niedorozwiniętą lub aspołeczną neurotyczką? Nie. Dlatego nie marzą o Tobie mężczyźni.

Jeżeli obraz idealnej kobiety przedstawia tzw. „kino męskie”, to mamy przechlapane. Faceci rozglądają się za kobietami, jakimi nie tylko nie jesteśmy, ale nawet nie chcemy być.

Ostatnio mężczyźni na całym świcie oszaleli na punkcie Lisbeth Salander z powieści Larssona (i filmu Finchera). Lisbeth jest hakerką o genialnych zdolnościach, lat 23 a wygląda na 16, wychowywana w patologicznym domu, niedoszła morderczyni swojego ojca (byłego rosyjskiego szpiega). Dzieciństwo spędziła w zakładzie psychiatrycznym, młodość pod opieką kuratora. Państwo ukrywa jej tożsamość, a prywatna firma „security” płaci za włamywanie się do komputerów… To takie życiowe.

Lisabeth nie jest jedną wymarzoną dziewczyną z psychiatryka na wielkim ekranie. Wystarczy wspomnieć Baby Doll z Sucker Punch

Jednym ze 100 powodów, dla których warto było w  poprzednim wieku chodzić do kina, jest uśmiech Julii Roberts (wg redaktorów magazynu Film). Pamiętacie jej przełomową rolę? Była najsłodszą na świecie, dobrą, uczciwą, błyskotliwą i piękną prostytutką. Brzmi jak historia z życia wzięta, bo mężczyźni lubiliby prostytutki, gdyby były dziewicami.

O ile dobrze pamiętam także prostytucją trudniła się Holly Golightly - najlepsza rola Audrey Hepburn wg facetów. Pewnie nawet nie kojarzą innych.

Symbol seksu i seksapilu – Sharon Stone zdobyła uznanie facetów swoją rolą w „Nagim instynkcie”. Zgrała psychopatyczną morderczynię. 

Drugi przykład? Sharon Stone w „Nagi instynkt 2”.

Ale najgorsze z najgorszych są emocjonalnie niedorozwinięte, zachowujące się jak kosmitki i płytkie bohaterki stworzone przez wrażliwych pisarzy tylko po to, by pomóc przetrwać załamanie nerwowe głównemu bohaterowi i nauczyć go jeszcze raz, od początku doceniać jak piękne jest życie. Jakimś cudem zawsze udaje im się zostać autorkami najgłupszych powiedzeń o życiu, które przechodzą do świadomości facetów. Ta jakże życiowa i szablonowa postać na nawet swoje hasło w Wikipedii: Manic Pixie Dream Girlzobacz.

Przykłady? Kirsten Dunst w “Spidermanie”, Kirsten Dunst jako stewardessa Claire w „Elisabethtown”, Natalie Portman jako Sam w “Garden State” no i Zoey Deshanell jako Summer w „300 Days of Summer”.  Ten ostatni obejrzeliśmy wczoraj, bo on zaklinał, że jest to film o miłości, ale z męskiego punktu widzenia, a przeciez zawsze chciałam go poznać… Jeżeli to jest męski punkt widzenia, to mężczyźni powinni się przesiąść.

Że faceci marzą o dziewczynach z psychiatryka, z ulicy lub zza krat, to ok. Pewnie jakoś podkorowo da się to wytłumaczyć.  Ale, że marzą o gadających do siebie i emocjonalnie niedorozwiniętych dziewczynach, które ratują ich od załamania nerwowego to już przesada.

Komentarze (0)
Czym różni się magister od doktora?

Magister wie, że może zdobyć tytuł doktora, a doktor wie, jak ogromnego nakładu pracy, determinacji i ilu wyrzeczeń to wymaga.

Zauważ, że żaden doktor i żaden doktorant nie trywializuje tematu studiów doktoranckich w towarzyskich pogawędkach o tytułach naukowych. Robią to tylko mgr-y.

Ostatnio uczestniczyłam w jednej z nich, gdy świeżo upieczony magister przeterminowanych studiów magisterskich wyjaśniał: na doktoranckie nie pójdzie, bo "doktorów więcej niż mrówek, a sam tytuł stracił na znaczeniu". Wkurzył mnie, więc odpyskowałam:

- Nie pamiętam kiedy ostatnio widziałam mrówkę… - Rzuciłam z kąta sali. Dopiero wtedy ktokolwiek w ogóle zauważył, że w niej jestem. - Ale i tak zdarza mi się to częściej - odepchnęłam ramieniem ścianę i stanęłam bliżej przedmówcy - niż zdarza mi się widzieć prawdziwego doktora nauk.

- Uważasz, że brakuje mrówek czy doktorów? - Ripostował niedoszły doktor. 

- Uważam, że tytuł doktora zdobywa tak niewiele osób, ponieważ jest to trudne. Łatwiej zostać mrówką. 

- Niby czemu? Myślisz, że poziom studiów jest taki trudny? – Zapytał.

Przez sekundę się zawahałam. Spojrzałam mu głęboko w oczy i powiedziałam najspokojniej jak tylko umiałam:

- Nie masz pojęcia jak wysoki…

I już odwróciłam się do wyjścia, gdy zatrzymał mnie krótkimi trzema słowami:

- A ty wiesz?

- Nie wiem, mogę się tylko domyślać…

Na tym etapie postanowiłam wymknąć się z pokoju. Słyszałam, że jeszcze rzucił na mój temat do kogoś innego niewybredny komentarz, ale byłam już w drodze do kuchni, a myślami jeszcze dalej. Zakręciło mi się w głowie, poczułam, że brakuje mi powietrza, a pod język napływają słodkie śliny. Pobiegłam do łazienki, zamknęłam się na klucz i zwymiotowałam do toalety. To mój pierwszy wolny wieczór od 37 dni, coś jest nie tak. Gdy wstałam i odwróciłam się, zobaczyłam swoją postać w wielkim lustrze. Nawet ja widzę, jak bardzo schudłam, pobladłam i zmizerniałam. Od kiedy drążę tę moją doktorancką "miossion: impossible", niedojadam. Nie dosypiam. I ciąglę czuję strach. Strach, że z czymś nie zdążę. Wstaję wcześniej, by wyrobić się z zadaniami służbowymi, a i tak nigdy nie udaje mi się wyrwać sprzed komputera wcześniej niż po 17:00. Tylko do 20:00 mogę przebywać w czytelni, tylko do 21 jest ksero-drukarnia otwarta. Wczoraj do 21:30 miałam czas, by odwieźć ksiązki koleżance doktorantce po fachu. Później już tylko uzupełnić notatki i dopracować referat, z którym o 9:00 stawiłam się u pani promotor.  Pracę zaczęłam dziś trochę później, dlatego dużo później ją skończyłam, dokładniej tuż przed imprezą, którą właśnie spędzam w toalecie.

Po co mi to wszystko? Czy dostanę lepszą pracę? Wyższe wynagrodzenie? Ciekawsze zadania służbowe? Jako doktor zacznę się czuć lepiej? Teraz wcale nie czuję się lepiej. Teraz nie pamiętam co to znaczy czuć się lepiej. Nie pamiętam co mnie pokusiło by w ogóle zacząć tę walkę, tę wojnę doktorancką. Dlaczego myślałam, że jestem w stanie to zrobić? Pogodzić studia i pracę? Dlaczego chciałam to zrobić? Czy nadal chcę?

Z coraz większą częstotliwością otwieram tę strefę, w której wszystko podważa sens dalszych studiów. Mam trzydzieści lat, dwa miesiące i dziewięć dni, nie założyłam rodziny, nie wyjechałam w podroż dookoła świata, nigdy nie grałam w polo, ba! nigdy nie oglądałam wyścigów konnych odbywających się prawie co tydzień pół kilometra od mojego domu. A przecież chciałabym to wszystko zrobić. A może by tak rzucić w cholerę te tony literatury? Skasować wszystkie notatki, usunąć magicznych 48 stron pracy, przestać o niej myśleć w każdej sekundzie każdej doby i pory dnia, skończyć walczyć, wycofać się… I w końcu zacząć „żyć”. Robić to, co każdy normalny, prawidłowo myślący człowiek nazwie „życiem”...? 

Gdy doszłam do tego wniosku usłyszałam dzwonek do drzwi. Byłam już w moim mieszkaniu, w piżamie. Spojrzałam na zegar - minęła 23. To był on, Młody bóg.

- Co tu robisz o tej porze? - Niewiele wcześniej mówiłam mu,  że  jestem zbyt zmęczona by się spotkać.

- Przez telefon brzmiałaś jakbyś miała ochotę na maślankę straciatella. - I wyciągnął z torby kartonik litrowy maślanki z kawałkami czekolady, którą rzeczywiście uwielbiam.

Zaprosiłam go do środka i wyjaśniłam:

- Ja chyba na nic dzisiaj nie mam ochoty, źle się czuję, nie wiem co mi jest.

Od razu odparł:

- Cokolwiek się dzieje, przestań się w to wkręcać...

Mówił do mnie coś dalej, ale te pierwsze słowa... W końcu do mnie dotarło. Fizyczne przeszkody: strach, ból, głód, brak snu – są do przejścia. Największym moim wrogiem jest właśnie „a po co mi to?” Bo cel, jakikolwiek by nie był, łatwiej zdeprecjonować niż osiągnąć, a mózg pilnuje, by cele nieosiągalne stawały się dla nas mało atrakcyjne. Łatwiej powiedzieć, że nie ma sensu...

Na tych pieprzonych doktoranckich coraz częściej muszę działać na dwa fronty: we współpracy z mózgiem i równocześnie na przekór jego mechanizmom obronnym. I to właśnie jest tak cholernie trudne.

Komentarze (0)
Moja średnia stabilizacja

Ale średnia, bo mała już była. Teraz powinnam wiedzieć więcej. Kobiety, podobno, albo wychodzą za mąż, albo wyciągają jakąś naukę. Ja tej nauki mam już aż nadto i chętnie się nią podzielę.

Postanowiłam nie czekać na księcia z bajki i wzięłam swoje sprawy w swoje ręce. Zamieszkałam u siebie, dla siebie i ze sobą samą. No, nie taką zupełnie samą - mam jeszcze echo.

Ale do rzeczy - od dwóch dni stoi na środku mojego salonu wielka biblioteczka. Taka drewniana, z witryną, szufladami i szafką. Ogromna i wiekowa, a do tego - piękna. Przywiózł mi ją pewien młody bóg, o którym zdecydowanie powinnam opowiedzieć coś więcej. Ale po kolei - uporządkujmy pewne sprawy.

Moje mieszkanie liczy więcej metrów niż planowałam, a moje konto mniej złotówek niż trzeba, by je urządzić, dlatego postanowiłam niektórych mebli nie kupować nowych. Padło na biblioteczkę i biurko, bo absolutnie nie chcę mieć takich prowizorycznych ze sklejki, a wykonane z prawdziwego drewna są pioruńsko drogie i nie stać mnie na nie. No chyba że używane i tu pojawiło się światełko w tunelu. Używaną biblioteczkę z drewna wynalazłam w sieci z opisem "do zabrania za darmo od zaraz", a chłopak godny westchnień nastolatek po prostu mi ją przywiózł.

Stanęła na środku mojego salonu (który prócz równie drewnianego biurka i jednego stołka nie liczy więcej mebli) i czekała aż zetrę z niej grube warstwy kurzu.

Zrobiłam to wczoraj, oczywiście nie bez walki. Załamałam ręce już na początku, gdy okazało się, że szafka zamknięta na klucz odmawia posłuszeństwa. Wszystkie inne szufladki, półki i szybki rozłożyłam na części pierwsze i skrupulatnie czyściłam - cieplą wodą z płynem do czyszczenia, płynem z detergentem i w rozpylaczu, jeszcze raz wodą z płynem, wodą z płynem do mycia drewna, preparatem do konserwacji drewna w rozpylaczu.... Sprzątam dokładnie, bo świadomość istnienia kurzu w moim domu przyprawia mnie o koszmary i czasami nie pozwala zasnąć. Od wczoraj musiałam zmierzyć się z najcięższym działem koszmarów: odosobniona szafka w bardzo starej biblioteczce. Gdyby był to mebel z Ikei, wystarczyłoby mocniej pchnąć drzwi do środka, albo jakkolwiek je podważyć, a tu...? Młody bóg przyjedzie w piątek, zostawię sprawę niech poczeka na niego.

Druga półkula mojego mózgu kazała mi zrobić coś natychmiast, Przecież w środku może czekać coś strasznego. Kurz? Kurz, brud i piasek? Pleśń i zgnilizna? Może zgniłe ciało jakiegoś zwierzaka, na przykład małego kotka? Albo stado pszczół? Lub mrówki... Wytrzymałam trzynaście godzin i 28 minut do następnego dnia, by w końcu zadzwonić po pomoc. Do Młodego boga.

Nie mógł rozmawiać, oddzwonił po 10 minutach.

- Nie sądzę, by oddała Ci mebel bo nie mogła otworzyć szafki...

O kurcze, a ja nawet nie pomyślałam o tym. Rzeczywiście, mogła właśnie dlatego oddać mebel!

- Ale mi nie o to chodzi, chodzi o to, że ja nie wiem co jest w środku. Tam może być W-S-Z-Y-S-T-K-O!

- Nie no, wszystko to by się nie zmieściło. No i zauważyłabyś, że na zewnątrz nic nie zostało. – Mam wrażenie, ze Młody bóg czasami sobie ze mnie kpi... - Przecież cała biblioteczka była pusta, więc pewnie ta część też jest pusta. Słuchaj, nie mogę dzisiaj przyjechać, bo przez śnieg i tak mamy opóźnienia, ale mogę być jutro...

W takich chwilach nie lubię słowa "jutro".

-... Przyjadę jutro i ją otworzę. U mnie jest podobna szafa, postaramy się rozpracować Twój zamek  moim kluczem.

Wątpię by to coś dało.

- Nie, dobra, nie trzeba, przyjedź w piątek, tak jak się oryginalnie umawialiśmy. A ja zadzwonię jeszcze do sąsiada.

Tu muszę dodać wyjaśnienie. Normalnie nie lubię sąsiadów, bo im jak się raz przedstawisz, to później zawsze musisz mówić "dzień dobry" i się uśmiechać. Gdy kompletnie nie masz czasu i jesteś już spóźniona, zagadują na klatce schodowej "co nowego u Ciebie?" Pytanie rzeka. A już w najgorszym przypadku sąsiedzi mają dzieci. Drące się, rozwydrzone i na maksa hałaśliwe dzieci, na których ryk nie wolno Ci się poskarżyć, bo to przecież dzieci sąsiadów. Ale gdy zobaczysz je na podwórku z ich rodzicami, to musisz powiedzieć "jakie śliczne dziecko" - a w myślach "gdyby tylko potrafiło spać tyle godzin, ile się drze..."

Dopóki sąsiadów nie znam, mogę ich swobodnie omijać. Z pewnym pozytywnym wyjątkiem. Obok mnie, prawie klatka w klatkę, mieszka moja przyjaciółka ze żłobka. Znamy się ze żłobka i wychowywałyśmy się razem. Nasze mamy mieszkały niemal drzwi w drzwi, dopóki moi rodzice nie wyprowadzili się stamtąd. I choć od żłobka nie miałyśmy żadnej wspólnej szkoły czy pracy, a w czasach liceum dzieliły nas setki kilometrów, do dzisiaj pozostałyśmy przyjaciółkami. Na jej partnera mówię Sąsiad. Bo jest moim sąsiadem tutaj i był moim sąsiadem w wiosce, do której wyprowadzili się moi rodzice. Nietrudno zgadnąć, gdzie Przyjaciółka ze żłobka i Sąsiad się poznali... :)

Wkrótce Sąsiad wpadł do mnie z pomocą. Jego profesjonalny zapas narzędzi robi wrażenie. A Młody bóg nie przestawał dzwonić. Tak co 10 minut, zawsze z nowym pomysłem. W końcu przekazałam Sąsiadowi telefon, by się dogadali bezpośrednio i usiadłam w kącie, tuż obok kartonów z rzeczami do biblioteczki. Z jednego z nich wystawały jakieś kable. Zajrzałam głębiej i ujrzałam szpachelkę. Małą, zgrabną, metalową szpachelkę. Sąsiad pochłonięty rozmową zostawił na moment zamek w spokoju, a ja podeszłam do szafki, wbiłam szpachelkę i wysunęłam drzwiczki.

- ...nie zgadniesz kto właśnie otworzył ten zamek - powiedział Sąsiad do telefonu, zakończył rozmowę i po chwili zwrócił się do mnie. - No to chyba nie byłem potrzebny. - Skwitował z uśmiechem.

Ale Sąsiad był mi potrzebny i Młody bóg także, bo w końcu dowiedziałam się co jest w środku. W szafce tylko pajęczyny, ale w mojej głowie znacznie więcej. Uświadomiłam sobie, że wcale nie chcę zupełnie nie potrzebować innych. Nie chcę liczyć tylko na siebie. I nie chcę być sama. Mogę być sama, potrafię radzić sobie sama i daję radę nawet drzwiczkom szafki, ale nie chcę i nie muszę być sama.

Podświadomie już wcześniej chciałam ich potrzebować. Świadomie zrobiłam to dopiero teraz, gdy w końcu otworzyłam te cholerne drzwiczki.

Komentarze (0)
Niektórzy lubią poezję

Lubię poezję. Chyba rozumiem dlaczego niektórzy lubią poezję. Ale zupełnie przypadkowo pierwszym kartonem z książkami, który rozpakowałam wczoraj był karton z ulubionymi tomikami wierszy. Pierwszym tomikiem, który wyciągnęłam (a to już nieprzypadkowo) był jeden ze starszych zbiorów Wisławy Szymborskiej. Nieprzypadkowo, bo gdy tylko otworzyłam pudło, ogarnęła mnie wielka ochota na TEN wiersz. Od liceum znam go na pamięć, a teraz po prostu musiałam go przeczytać raz jeszcze…

Zanim go zacytuję, powinnam wyśnić dlaczego: przeprowadziłam się w końcu do mojego mieszkania. Takiego naprawdę mojego i tylko mojego. Mam swój adres i swoje miejsce na  ziemi – nie u rodziców, nie u czyjegoś boku, ale u siebie. W moim małym niebie na ziemi. A rozpakowując kartony swoich rzeczy postanowiłam sprawdzić, jak bardzo TEN wiersz zmienił się w mojej głowie przez ostatnich 15 lat. Czy przetrwał w całości? Czy może gdzieś się starł, ubrudził i zmarnował…?

Niebo…

Od tego trzeba było zacząć: niebo.
Okno bez parapetu, bez futryn, bez szyb.
Otwór i nic poza nim,
Ale otwarty szeroko.
Nie muszę czekać na pogodną noc, ani zadzierać głowy, żeby przyjrzeć się niebu.

Niebo mam za plecami, pod ręką i na powiekach.
Niebo owija mnie szczelnie i unosi od spodu.

(…)

Niebo owija mnie szczelnie i unosi od spodu. To było wczoraj. Dzisiaj przeczytałam, że Wisława Szymborska zmarła w swoim mieszkaniu w Krakowie.

Komentarze (0)
Halo, tu Święta!

Właśnie zorientowałam się, że święta tuż,  tuż. I nie dlatego, że klimat świąteczny zwymiotował na centra handlowe, bo to na ogół dzieje się z wystarczającym wyprzedzeniem, bym nabrała znieczulicy.

Właściciele serwisu motoryzacyjnego przysłali mi kartki świąteczne i życzenia do zamieszczenia w ich witrynie i mailingu. Oni z wszystkich moich zleceniodawców zawsze ostatni uderzają w nutę świąteczną, bo Święta nie mają bezpośredniego wpływu na ich przychody. 

Rok temu i dwa lata temu także, wklejając ich życzenia widziałam za oknem śnieg, a  prezenty w drugim pokoju czekały, aż  łaskawie je opakuję. Ale w tym roku chyba byłam mniej grzeczną dziewczynką, skoro ani prezentów, ani śniegu nie ma. A w mojej głowie chyba ktoś odwołał Święta.

Komentarze (0)
Dlaczego lepiej być singlem?

Jasne, że bycie singlem jest do bani, bo oznacza, że nikt za Ciebie nie zrobi prania. Z drugiej strony, masz całe mnóstwo rzeczy, które możesz zrobić właśnie dlatego, że jesteś singielką.

Jadąc autem do rodziny możesz włączyć radio na full i śpiewać całą drogę. Mało tego  możesz śpiewać Britney Spears.

W sklepie spożywczym musisz zastanowić się, na co Ty masz ochotę dzisiaj. I nie ma w tym egoizmu.

Kołdra jest tylko Twoja.

Możesz wyjść po pracy na „jedno góra sześć” bez zawiadamiania kogokolwiek czy tłumaczenia się.

Możesz nie wychodzić z pracy. Nikt nie wywiera presji, że za dużo pracujesz.

Możesz bekać kiedy tylko zechcesz i nie musisz nikogo przepraszać.

Sama decydujesz, jak wychować koty.

Z lodówki znika tylko to, co Ty zjesz, więc zawsze wiesz co masz.

Są tylko trzy miejsca, w których znajdujesz skarpetki: w szufladzie na skarpetki, koszu na pranie i na sobie. Nigdy w kanapie.

Nikt dodatkowo nie działa ci na nerwy, gdy dostaniesz okres.

Komentarze (1)
Szukam sprzątaczki, kucharki, opiekunki...

Nie wyrabiam. Obowiązki i organizacja wszystkiego wokół mnie małej jednej wrednej powoli wymyka mi się spod kontroli. Nie mam kiedy odstawić auta do warsztatu, zrobić zakupy czy pranie. Nie mówiąc o luksusie profesjonalnie pomalowanych paznokci.

Postanowiłam zamieścić ogłoszenie:

Jakby była jakaś chętna - dajcie znać.

Bo przeciez facetom się udaje wkręcać nawet najmądrzejsze kobiety w tak głupie układy.

Komentarze (0)
Facet gotowy na wszystko, cz.3 (ostatnia)

W zabieganym mieście Wrocławiu jest tylko kilka miejsc, w których zabiegani mieszkańcy Wrocławia mogą spokojnie pomyśleć. A nawet muszą myśleć, bo tu absolutnie nic innego nie pozostaje do roboty. 

Najczęściej myślimy w stojąc w kilometrowych korkach spowodowanych uciążliwymi, ale potrzebnymi i niekończącymi się remontami ulic. Oddajemy się zadumie także przed gabinetem lekarza. Bardzo dużo czasu na myślenie mamy także w kolejce do kasy w super(?)markecie i czekając na autobus lub tramwaj na przystanku MPK. Najważniejszej analizy mojego życia dokonałam kiedyś w oczekiwaniu na tramwaj numer sześć, odjeżdżający z zatłoczonej ulicy Nowowiejskiej.

Ale w leniwą niedzielę przed południem jestem w stanie zrobić naprawdę wiele by nie myśleć wcale. Czasami się niestety nie da, przewrotny pomyślunek pojawił się w mojej głowie w Realu w Koronie, tuż przy kasie, gdy wykładałam zakupy na taśmę. Wtedy zobaczyłam tubki mleka skondensowanego... 

Tu muszę dodać drobne wyjaśnienie: poprzedni wieczór spędziłam z Facetem gotowym na wszystko (jeżeli nie wiesz kto to, przeczytaj: Facet gotowy na wszystko cz.1 i Trzy filary bezpieczeństwa AKA Facet gotowy na wszystko cz.2), byliśmy razem w kinie i rozmawialiśmy o naszych fetyszach z dzieciństwa. Na swojej liście cudów zamieścił między innymi… mleko skondensowane w tubce. Mi też kiedyś smakowało, ale już  nie pamiętam czy było takie dobre, czy po prostu nie miało konkurencji za PRL-u. Ale mniejsza z tym. To niesamowite, że wpadły mi w oko właśnie dzisiaj. Robię tu zakupy od lat i nigdy wcześniej ich nie widziałam. Niefajnie, że wyłożono dwa smaki: waniliowy i karmelowy - "osiołkowi w żłobie dano..." Nie wiedziałam, które kupić, więc wzięłam oba. Niech sam wybierze, a ja dowiem się, który lubi bardziej. Druga tubka rarytasu będzie dla mnie.

Zakupy robiłam naprawdę długo. Po wypchaniu auta siatami okazało się, że mam jeszcze sporo czasu do zmarnowania, tak też zrobiłam. Najpierw zjadłam coś u Chińczyka, a później zaszyłam się w księgarni Świata Książki. Niedziela jest moim "dniem bez petenta". Dniem, w którym wszystko toczy się wolniej, bez celu, bez tłoku. W tym dniu nie spieszy mi się i nic nie muszę. Do nikogo nie dzwonię i nie odbieram telefonów. Śpiewam na głos i rozmawiam z sąsiadami na klatce schodowej. Zakupy wnosiłam do mieszkania na trzy raty. Zamykając za sobą drzwi zamknęłam wszystkie usta, zamilkły głosy, zniknęły wszystkie "gęby", także moja. 

Wtedy usłyszałam dzwonek mojego telefonu. Dzwonił On, Facet gotowy na wszystko. 

- Gosia, będę dzisiaj we Wrocławiu, odbieram córkę. Może przyjadę wcześniej i odwiedzę Cię? Spotkamy się? Wiem, że dzisiaj leniuchujesz, ale nie musimy nigdzie iść…

Rozejrzałam się  po mieszkaniu… Ja chyba wolałabym tu nikogo dzisiaj nie zapraszać. 

- Albo na pizzę…

Oj, nie! Nie chcę jeść. Już dzisiaj jadłam. No dobra, to posprzątam.

- Okej. Możemy się spotkać u mnie. - Powiedziałam bez entuzjazmu.

- To tylko pomysł - wyczuł mój ton - bardzo chciałbym Cię zobaczyć.

Kurcze, przecież widział mnie wczoraj. Zepsuł mi koncepcję na wolną niedzielę. No, ale ok. Powinnam spotykać się z ludźmi.

- Bardzo chętnie się spotkam. Daj mi tylko chwilę, by ogarnąć mieszkanie i siebie. Kiedy będziesz?

- Tak za godzinę. Nie, najszybciej za półtorej. Nie za wcześnie?

Wzięłam się za sprzątanie. Najpierw odgruzowałam pokój - trzeba było ściągnąć pranie, przeprasować trochę ciuchów, zneutralizować kurz z najwyższych półek szafy… Tak właściwie, to w moim mieszkaniu zawsze jest dość czysto, ale na powitanie gościa chcę by było "Gosia-czysto", żeby aż cały sanepid padł na kolana z zachwytu i podarował mi laur czystości.

Później zanurzyłam ciało w wannie pełnej gorącej wody, nałożyłam maseczkę z glinki na twarz i maseczkę mleczną na włosy, ustawiłam zegarek na powiadomienie i poddałam się bezcelowej kontemplacji nad sytuacją polityczną w kraju. 

Zadzwonił telefon. Pie*dolę, nie odbieram. Siedzę w wannie z błotem na twarzy. Zadzwoń później, za 38 minut mam gościa. Dzwoni raz jeszcze. Pie*dolę, nie odbieram. Siedzę w wannie z błotem na twarzy. Zadzwoń później, za 37 minut mam gościa.

O godzinie „zero” byłam już gotowa do odwiedzin. I ja i mieszkanie. A gościa brak. Sięgnęłam po telefon, to On się nie dodzwonił. Wykręciłam jego numer. Właśnie z córką wchodzili do mieszkania, nie mógł rozmawiać, obiecał oddzwonić kilkanaście minut później. Jak obiecał, tak zrobił.

- Odebrałem córkę wcześniej, bo nie mogłem się do Ciebie dodzwonić. Twój domofon chyba nie działa, a telefonu nie odbierałaś.

- Przyjechałeś sporo wcześniej, byłam w wannie gdy dzwoniłeś, nie słyszałam dzwonka. – Ok, czasami kłamię. Ale tylko w nieistotnych kwestiach.

- Może trochę szybciej przyjechałem niż planowałem. Szybko jechałem. Nie wiedziałem co zrobić, czy tak stać pod Twoimi drzwiami, czy co? Nie wiedziałem czy coś się stało… 

Wtedy dotarło do mnie, że stało się. Uświadomiłam sobie, że On należy do szerokiej grupy ludzi, którzy muszą umawiać się ze mną z dużym wyprzedzeniem. Nie chcę by wpadał do mnie znienacka i zastawał taką jaką jestem, w środowisku zdradzającym jak żyję. "Nie chcę" wynika z "nie czuję". Nie czuję tej znajomości. Nie ma co zwlekać, postanowiłam wyjaśnić mu sytuację od razu i dalej tego nie ciągnąć. Tę decyzję podjęłam w czasie rzeczywistym, bez wcześniejszej wnikliwej analizy na przystanku lub w korku, ale w trakcie rozmowy i w ułamkach sekund.

Nie był zachwycony, nie spodziewał się tego, jego desperackie próby wyperswadowania mi z głowy rozstania pogarszały sytuację. Mówił rzeczy, które mogłam tylko obrócić przeciwko niemu. Na przykład, że "naprawdę szkoda, bo mu się spodobałam". Czy to w jego uszach brzmiało jako rewelacyjny argument by mnie przekonać? Spodobałam mu się, więc mam mu paść w ramiona? Że niby w końcu się komuś spodobałam, alleluja? Jasne, że mu się spodobałam, fajna babka ze mnie. A on rzeczywiście jest fajnym facetem, ale tym razem "fajny" to dla mnie za mało. Tym razem "podobam mu się" to dla mnie za mało. 

Gdy tylko skończyliśmy rozmawiać pobiegłam do lodówki. Wyciągnęłam z niej obie tubki mleka skondensowanego. Obie otworzyłam. Postanowiłam nie czekać na nikogo i sprawdzić, który smak ja lubię bardziej.

Komentarze (1)
Jaki problem może mieć Gosia w sobotni poranek?

Miałam przerażający sen. Śniło mi się, że ja iSuperbohaterznaleźliśmy się w najbardziej intymnej sytuacji jaką można sobie wyobrazić dla dwojga ubranych ludzi. Mieliśmy na sobie paskudne dresy i czytaliśmy razem gazetę. Jedną i tę samą gazetę. Ramię w ramię. On stronę prawą, a ja lewą. (Mam nadzieję, że moja lokalizacja była przypadkowa, a nie że podświadomość próbuje przekonać mnie do pewnej opcji politycznej…)

Na jawie chyba nie byłabym zdolna do tak daleko posuniętej otwartości. Zdarzało mi się czytać gazetę w tym samym czasie, co mój partner. Czasami nawet siedząc na tej samej sofie. Ale okropnie irytuje mnie zaglądanie przez ramię do trzymanego przeze mnie czasopisma. Odstąpienie strony obok nie wchodzi w grę. Równie dobrze Superbohater mógłby wsadzić słomkę do mojej szklanki i pozbawić prawa do wyłączności na napój. Zachowajmy jakieś granice przyzwoitości.

W ostateczności mogłabym wyciągnąć z gazety na przykład sekcję sportową, by zająć nią Superbohatera do czasu, aż przeczytam wszystkie interesujące mnie artykuły. Ale do tego też nie jestem specjalnie przekonana, bo czasami nawet w sporcie zdarza się coś ciekawego. 

Ale już najbardziej wkurza mnie to, że od rana zamiast przede wszystkim puknąć się w głowę i wybić z niej  Superbohatera, rozważałam zupełnie nieistotną kwestię sposobu czytania gazety we dwoje. 

Komentarze (2)
Małą szarą myszką być...

Nie ma to jak zacząć dzień od porządnej gimnastyki.

mała szara myszka

 

---

PS. Od niedawna znajdziesz mnie też na facebook'u:
facebook.com/gosia.wittlin

Komentarze (1)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 |
Najnowsze komentarze
2011-12-20 17:33
betteporter:
Dlaczego lepiej być singlem?
i jeszcze nikt nie dopytuje co drugi dzień, czy oby okres Ci się nie zbliża, oczekując[...]
2011-11-07 23:18
funny valentine:
Facet gotowy na wszystko, cz.3 (ostatnia)
jak nie czujesz, to nie ma co sie napinac, to na nic. daj mi jego numer telefonu ;)
2011-11-06 15:17
Małgorzata Wittlin:
Jaki problem może mieć Gosia w sobotni poranek?
Oj, nie, nie, nie. To nie wchodzi w grę. Charakter relacji jest na nie. Dlatego ze snu z nim w[...]
Najnowsze wpisy
2012-05-08 22:51 O kim marzą mężczyźni?
2012-04-22 02:05 Czym różni się magister od doktora?
2012-02-17 01:27 Moja średnia stabilizacja
2012-02-02 19:45 Niektórzy lubią poezję
2011-12-17 12:50 Halo, tu Święta!